Hajfa

[niecodziennik]

[Jerzy Franczak, „Nieludzka komedia”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009, str. 52-53 oraz 157.]

#1 „Jemu śni się, że się budzi, boli go palec, więc wstaje i idzie po omacku do łazienki. Ból staje się nie do zniesienia, więc zaciska zęby i pochyla głowę, wtedy spostrzega plamy krwi na linoleum. Z bijącym sercem dociera do łazienkowych drzwi, zapala światło i podchodzi do umywalki. Jego wskazujący palec tkwi w kubeczku razem ze szczoteczkami do zębów. W tym samym czasie jej śni się powódź, istny potop, woda wlewa się oknami i drzwiami, tryska ze szpar w podłodze, cieknie po ścianach. Alicja pędzi po Basię, porywa ją i biegnie do drzwi, po drodze zauważa, że jej córeczka zmieniła się w radio, a woda bezustannie przybiera, sięga już ust. Wypadają na klatkę schodową, Basia cała mokra, ma wilgotne pokrętła, po głośniczkach spływają bezgłośnie malutkie kropelki. Alicja kręci gałką w lewo, w prawo – nic… Rozpacz ściska jej gardło, ale uporczywie szuka jakiegoś sygnału życia w martwym szumie eteru… I nagle słyszy donośne ueeeeee!, przebijające się spośród pomruków i trzasków! Fala szczęścia zalewa jej piersi! Całuje Basię po przyciskach i pokrętłach, głaszcze ją po kabelkach i tuli do łona.”

#2 „Miałam sen o Tobie, ale bardzo przykry. Śniło mi się, że rozstaliśmy się, bo miałeś dziecko z inną kobietą (niewysoka, śliczna brunetka, bardzo delikatna, słodka i uległa, zupełnie moje przeciwieństwo). Przyszłam was odwiedzić, na drzwiach wizytówka A. E. Królowie i dwa plakaty reklamujące sporty wodne – dziwne, nie? wchodzę do tego mieszkania – Ty otworzyłeś, ona gdzieś w głębi z dwójką dzieci na dywanie. Zmiana – nagle znajdujemy się nad jakimś jeziorkiem, opalamy się, mówisz: zostańmy przyjaciółmi. To koniec. Ale we śnie myślałam, że chyba umrę.”

Filed under: Sennisko , , , , , ,

[256. 89] Paweł Huelle, „Ostatnia Wieczerza”, Społeczny Instytut Wydawniczy ZNAK, wyd. I, Kraków 2007.

Paweł Huelle jest dla mnie autorem ważnym. Czy raczej: kiedyś był dla mnie autorem ważnym. Ważnym, ponieważ jego „Opowiadania na czas przeprowadzki”, to była pierwsza „współczesna” książka („współczesna proza”/„nowa proza”) jaką przeczytałem, zresztą będąc jeszcze we wczesnym liceum. Dała mi ją do przeczytania pani stażystka, która miała w mojej klasie próbne lekcje polskiego. Pamiętam nawet scenę, gdy mi ją wręczała (wypożyczała) na weekend do domu, dlatego musiał, to być piątek. Staliśmy małą grupką na parterze w pobliżu damskiego kibla. Za sobą miałem postkomunistyczną wiszącą gablotkę z artykułami wyciętymi z gazet i przyklejonymi na kolorowym brystolu, nie pamiętam czego dotyczyły, ale pewnie ususzony liść kasztanowca pewnie także był tam przypięty. Przed sobą miałem korytarz, którym z auli, pełniącej także rolę sali gimnastycznej, wracały spocone siatkarki. I nie wiem teraz, czy scenę wręczania ksiązki Pawła Huelle pamiętam dlatego, że przyszła pani polonistka pożyczała mi książkę, czy też dlatego, że siatkarki były spocone i zapach potu był mocny i duszący, czy też dlatego, że miały białe koszulki, przemoczone potem i było widać, że niektóre z nich nie mają staników? Odpowiedź ma znaczenie? Jeśli tak, to lepiej, aby była ona związana z „ważnością” „Opowiadań na czas…”, a nie z moimi hormonami, które uderzały mi wtedy do głowy i których nie potrafiłem pogodzić z wyznawanym wówczas światopoglądem religijnym.

Wracając od tematu. A tematem jest „Ostatnia Wieczerza”. Czyli bardzo kiepska książka pana Pawła. Dlaczego kiepska? Ponieważ narracyjnie jest do bani. Historia/-ie opowiadana/-e jest/są do niczego. A opowiadana jest przez maile pisane do Niej, długie, z nudnymi autokomentarzami, taka osobista kronika. Co się narratorowi właśnie przypomniało, to bach i piszemy, bez ładu i składu, trochę z przeszłości życia bohemy trójmiejskiej, trochę opowieści z pierwszych stron gazet, trochę snów. Cały pierwszy rozdział, który wydaje mi się najciekawszy, w ostateczności okazuje się tylko zapisem snu. A szkoda. Są fragmenty, które czytałem z zainteresowaniem, przede wszystkim te które dotyczą spacerów po Jerozolimie, spacerów Davida Roberta ze szkicownikiem pod pachą. Irytowały mnie wszystkie wstawki dotyczące księdza Monsignore’a, które prawdę mówiąc są niewybrednymi, osobistymi wycieczkami autora w stronę jego przygód z prałatem Jankowskim, który w 2005 roku ciągał Hellego po sądach. Najsłabsza jest końcówka, której nie ma. Książka została „ucięta”. Mam wrażenie, że „Ostatnia Wieczerza” w pierwotnym założeniu miała być powieścią współczesną, obrazującą TU i TERAZ IV RP. Nieudana jest ta książka, nieudana.

- – -

{tak nawiasem mówiąc, to w pełni zgadzam się z M.Sz. i nie miałem nic nowego do dodania}

Filed under: Lekturki , , , , , ,

Nocna rozmowa

Przez całą noc gadałem przez telefon z Foką. Z jakiegoś ważnego powodu ani on, ani ja nie mogliśmy sobie pozwolić na zaśnięcie. Nie pamiętam, który z nas zadzwonił, czy on do mnie, czy ja do niego. Nie pamiętam także dlaczego on nie mógł zasnąć, ani dlaczego ja także nie mogłem. Ktoś nam zabronił? My zabroniliśmy sobie? Czytałem mu nowe opowiadanie o dziewczynce imieniem Amber, którą matka utopiła w przybrzeżnych wodach wyspy Santosa, aby uwolnić się od swego otyłego męża o twarzy nastolatka. Opowiadanie nie było długie, miało trochę ponad stronę. Czytałem wolno, jakbym mu je dyktował, a Foka w tym czasie spisywał. Potem on je na głos redagował i poprawione wolno dla mnie czytał, abym mógł je sobie zapisać. Następnie wstał, zostawił telefon na biurku i wziął z półki zeszyt. Zaczął szybko go kartkować. Szelest kartek słyszałem przez słuchawkę. „Przeczytam ci co ciekawsze dialogi z pracy”, powiedział po chwili do słuchawki. Głośno się śmiałem, słuchając tych firmowych historyjek. Nagle ABi się obudziła i powiedziała: „Przestań już dusić Ruperta, on i tak nie żyje”. Zrobiło mi się smutno. Nic jej nie odpowiedziałem, ale do Foki szepnąłem, żebyśmy zdzwonili się w nocy, bo pewnie i on, i ja, i tak  nie będziemy spać.

- – -

[Na stronie http://niedoczytania.pl wespół z Joanną Herman prowadzę otwarty projekt o nazwie Sny Z Nazwiskami. Projekt jest otwarty tzn., że można do Joanny lub do mnie wysyłać sny, które później będą prezentowane na stronie.

W tym tygodniu zapraszam do czytania zestawu: Sny (prawie) bez nazwisk - odcinek 6 - koncertowe.]

Filed under: Sennisko , , , , , ,

Piekło w Singapurze [fragm.]

Za szklanymi drzwiami hostelu otwiera się piekło. Nie dość, że upał, zresztą jak codziennie tutaj, wypada się w końcu przyzwyczaić, to jeszcze słońce. Palące słońce, prosto z góry, prosto z nieba nad głową, słońce prawie w zenicie. Nigdy przedtem nie widziałem tak wysoko wiszącego słońca. Chwilami mam wrażenie, jeśli spadnie na ziemię, to prosto na moją głowę. Plan na dzisiejszy dzień – jak dla mnie – prosty: chodzić/spacerować/odwiedzać. Co prawda, duże jest to miasto (nawet bardzo, jak się potem okazało), ale gdy się spaceruje bez konkretnego celu, to jest szansa na mimowolne natknięcie się (dosłownie: wejście na) na te wszystkie obiekty, które są w Singapurze warte zobaczenia. Jednak jedynie ja tak myślałem, wizja pozostałych przedstawiała się tak: iść w konkretnym celu, aby zobaczyć taką to a taką świątynię, o której w „Przewodniku Pascal’a” ktoś napisał, że warto, że koniecznie, że typowa: jedna buddyjska, inna hinduska, inna muzułmańska, i t d. Chcieli poruszać się po sznurku, od-do. Tak się stało, problem pojawił się w chwili, gdy przewodnik „Pascal’a” przestał mówić gdzie dalej, a upał stawał się z minuty na minutę coraz mocniejszy i upierdliwy. Siadałem, jak pozostali, co chwile na jakiś schodach, na chodniku, pod murem, na przystanku – byle w cieniu. Nie ma większego sensu opisywać tego, jak wyglądają konkretne świątynie, czym się różni chińska od buddyjskiej. Zresztą nie potrafiłbym, są różne i takie same. Różne, ponieważ są różnych wyznań. Takie same, ponieważ wszystkie zlewają się ze sobą. Co jak co, ale dużo w nich duszącego dymu kadzidełek i kłaniających się tam i siam wiernych, wykonujących niezrozumiałe gesty i znaki, składających takie czy inne ofiary (mleko w kartoniku, przegniłe banany i pomarańcze, papierowe pieniądze, paczki papierosów, kawę i wodę w plastikowych butelkach, dużo wody). Mimo to w pamięć wryło mi się kilka świątyń, chcę wspomnieć od dwóch:

Meczet Abdul Gaffoor znajdujący się w dzielnicy Little India, do wnętrza którego można wejść. W „Przewodniku Pascal’a” jest napisane: „(…)główna sala modłów jest niedostępna dla wyznawców innych religii”, mimo to lekko zaniepokojony wszedłem po kilku schodkach i usiadłem wśród modlących się muzułmanów. Zaniepokojony, bo jak mnie ktoś wyprosi to co, a jak będzie niemiły, ale wręcz przeciwnie, pewien mężczyzna otwartym gestem prawej ręki zaprosił mnie do środka. Czułem się dziwnie między tymi mężczyznami, usiadłem przy kolumnie, starając się nie zwracać na siebie uwagi, a oni się rytmicznie pochylali do przodu i do tyłu, szeptali/śpiewali sury, a ja  się przysłuchiwałem. Nie wiem, czy dlatego, że byłem wyczerpany upałem i do tego siedziałem, ale nagle zrobiło mi się jakoś tak dobrze, spłynął na mnie spokój, zniknęło zmęczenie, złość na upał. Nie można tego powiedzieć o pozostałych, musieli podejść, by powiedzieć: „Czas już iść. Zbieraj się”. Nie chciałem się stamtąd ruszać, ta zieleń, ta prostota, ci modlący się mężczyźni, było w tym coś prawie mistycznego, a jeśli nie mistycznego, to bardzo religijnego i ta religijność była wyraźna, namacalna. Ci mężczyźni modlący się obok, oni nie przyszli tu odklepać swoich modlitw (zresztą nie był to czas „oficjalnych” modlitw), oni przyszli się pomodlić, przyszli w konkretnym celu, co prawda byli też tacy, co przyszli się zdrzemnąć, kilku leżało z boku, w podcieniach i drzemało w cieniu, cicho pochrapując.

Idąc przez dzielnicę kolonialną (tzw. Historic District) prawie nie zauważam nieczynnego kościoła ormiańskiego pod wezwaniem św. Grzegorza. Kościół jest nieczynny, ponieważ nie ma już w Singapurze wierzących Ormian. A kiedyś w latach ‘60-’70 XIX-wieku była to bardzo liczna i prężna społeczność. Budynek kościoła stoi na środku działki, ogrodzonej niskim murkiem, wokół bryły budynku wiedzie droga krzyżowa. Postacie drogi krzyżowej naturalnej wielkości odtwarzają ewangeliczne sceny, a to Chrystus stoi przed Piłatem, a to Piłat umywa ręce, a to Chrystus upada pod krzyżem, w tym upale każdy by upadł. Na tym zielony, zadbanym, przystrzyżonym trawniku, porozstawiane wśród palm rzeźby, wyglądały strasznie, wyraźnie nie na miejscu. Od dwóch dni chińczycy wszędzie na ulicach pala jakieś kartki. Podobno jest święto, nie mam pojęcia jakie, wypada zapytać Kubę, on będzie wiedział. Obrządki polegają na tym, że w wielkich metalowych puszkach pali się rożne kartki, które symbolizują wszystko to, co jest potrzebne do osiągnięcia szczęścia, czyli pieniądze, jedzenie i inne takie. Wszędzie fruwają duże płaty popiołu, dym jest duszący, nie wiem dlaczego, ale chińczycy upodobali sobie porę, gdy najmocniej świeci słońce. Popiół fruwający w ostrym słońcu, przywodzi na myśl piekielne obrazy.

Meczet Abdul Gaffoor w Singapurze

Filed under: Wycieczki , , , , , ,

Pomocny, pomocny niczym Abraham

Patrzę przez okno. Taki powolny obrazek: przed „Smakownią” parkuje mały samochód, wysiadają z niego dwie długonogie dziewczyny, które tak wzruszyły mężczyznę, stojącego pod srebrną markizą „Gobszo”, że do czasu, gdy nie znikną w bramie „Gołębnika”, zapomina żuć gumę, którą ma w ustach. Pewnie zaschło mu w gardle. Ślina zakrzepła pod językiem. Może powinienem przyjść mu z pomocą i zejść na dół ze szklanką wody?

Filed under: Opowiadania, Porażki , , , , , ,

To było we wrześniu

Dziś premiera „Nieludzkiej komedii” Jurka Franczaka. Pierwszy dzień na wystawce w Empiku, niczym pierwszy dzień w szkole. Książka wstydliwie szczerzy się do mnie, została upchnięta między Saramago a Brownem w dziale Polecamy! Kartkuję [„Niestety, nie ma poważnych pokus, ani z zaświatów, ani z tego świat; nie ma żadnych objawień, w których istność ziszcza się na amen – jest tylko milczenie.”], choć dobrze wiem, że dziś jej nie kupię. Nie kupuję książek w Empiku. W prawej kieszeni spodni wibruje telefon, wychodzę na zewnątrz, by przeczytać wiadomość. Justyna przysłała esemesa: „Jesienią się nie tańczy, albowiem jesień to żałoba i żal”. Stoję pod rozłożystym platanem na placu Wolności. Deszcz padał. Padał przed chwilą, gdy byłem wewnątrz. Palę papierosa. Z gałęzi spadają pojedyncze krople prosto na papierosa, mocząc go i uniemożliwiając dalsze palenie. Wyciągam następnego, ale jego żywot jest równie krótki. Muszę wybrać – albo stanę pięć metrów dalej, tam pod daszkiem, albo zrezygnuję z palenia. Na szczęście nie muszę sam o tym decydować, dwóch przerośniętych gimnazjalistów uwalnia mnie od prawie pełnej paczki. Oddałem im ją ochoczo. Może to pierwszy krok, by rozstać się z nałogiem? Czarno wszędzie. Żałobna czerń dominuje. Wszystkie kobiety mają paznokcie pomalowane czarnym lakierem. Ta, która stoi w pobliżu, czarnym paznokciem palca wskazującego prawej ręki, stuka w szybę, by wywołać na zewnątrz tymczasową miłość swojego życia. Czarne czapki, czarne berety, czarne płaszcze, czarne rękawiczki. Czarno widzę. Czarne sukienki powiewają na wietrze. Czarne szale ciągnięte są po chodnikach. Wszyscy mają farbowane, czarne włosy. Wsiadam do tramwaju, który zawiezie mnie na Ogrody. Stojąc na przednim pomoście, nie stąd ni zowąd, przypomina mi się twarz matki, nie matka, sama twarz jedynie, która śniła mi przez całą noc. Na głowie nie miała włosów. Nie miała także rzęs. Nie miała brwi. Chciała coś powiedzieć, ale nie poruszyła ustami, jej głos usłyszałem w głowie. „Synku, jestem pusta w środku. Rozumiesz, synku? Pusta!” Nie rozumiałem, bo nie chciałem rozumieć. Z odrętwienia wyrwał mnie kolejny esemes od Justyny: „Pamiętaj, szlagiery zimują w zielniku”.

Filed under: Porażki , , , , , ,

Wypełniając psi obowiązek

(…) Wielokrotnie zadawałem sobie pytania: Po co czytam? Dlaczego czytam? Na czym polega dziś sens czytania? Czy czasem czytanie nie jest ucieczką od świata? Może czytam tylko dlatego, żeby zapomnieć o prozie życia? Dlaczego mówię „proza życia”, przywołując i powołując się na czytelnicze słownictwo? Ponieważ czytanie, samo w sobie, nie przynosi pocieszenia, samo także nie jest pocieszeniem. W słowach zawartych w powieściach (dotyczy to również wierszy) nie ma pocieszenia, radości i pomocy. Nikt – ani autor, ani bohater, ani postać nie wyciąga pomocnej dłoni, by podtrzymać ciało lub ducha. Może czasem, zza liter, widać przecinający powietrze nieśmiały uśmiech, ale nie jest to uśmiech, który może znacząco podnieść na duchu. W skrócie można powiedzieć: czytanie jest odkrywaniem i poznawaniem ran. Ran raz zadanych, które goić się nie chcą, które goić się nie powinny. Przypomina mi się fragment z książki „Siostrzyczka Ewa od kartuzów” Pierre’a Péju: (…) nigdy nie szukał w literaturze ukojenia ani w lekturze – pocieszenia. Wręcz przeciwnie. Żarliwe czytanie, a tak czytał zawsze, polegało raczej na odkrywaniu ran u innych ludzi: urazów samotnego mężczyzny, niepokoju samotnej kobiety. Istotą czytania było zagłębianie się w tę ranę, sondowanie jej. Spoza zdań, nawet tych najpiękniejszych i najzręczniej ułożonych, zawsze słychać wołanie. Czyje? Jeśli miałbym na to pytanie sam sobie odpowiedzieć, to powiedziałbym: czytającego. Oczywiście, czytanie się nie opłaca, nie mam tu na myśli jedynie korporacyjno-szczurzej wymiany czasu na pieniądze, ale także „marnowanie” czasu, który można wykorzystać na 1001 innych sposobów. Przyznając się w towarzystwie do tego, że nie mam telewizora, ale za to czytam książki, dużo książek, że czytam powieści, wiersze i komiksy, narażam się na śmieszność i szydercze komentarze w stylu: „Musisz się po pracy śmiertelnie nudzić?”, „Nie wiesz, co z czasem zrobić?”, „Nie bądź żałosny”. Czytanie jest występkiem przeciw współczesnemu społeczeństwu, ponieważ jest aktem odwagi (wiem, bardzo upraszczam). Tadeusz Sławek w rozmowie z Jarosławem Makowskim opublikowanej na łamach „Tygodnika” w numerze 12 z 2003 r. dowodził, że czytanie bywa okrutne, ponieważ usuwa „ja” na dalszy plan, skrywa je za dekoracjami rzeczywistości: Może dlatego człowiek dzisiaj nie czyta: chce być wyjątkowy i w centrum napięcia, a lektura uczy go pokory. W innym miejscu zaś: Czytasz nie po to, by więcej wiedzieć, ale by twój ogląd świata nabrał szerszej perspektywy, by wyobraźnia oparła się erozji, abyś się przekonał, że wiesz mniej, ale że ten brak, ta luka jest właśnie miejscem dla wyobraźni.


- – -

[cały tekst, ale pod innym tytułem – „Mecenas lektury” – znajduje się w pierwszym numerze „Tygodnika Poznańskiego” na stronie 11, który ukazał się z okazji wizyty x. Adama Bonieckiego w Poznaniu]

x. Adam Boniecki

Filed under: Czcze mądrości, Się , , , , , ,

Morela [fragm.]

Droga do sklepu prowadzi obok drzewa moreli. Oczywiście ulica ma dwie strony i mogłabym je ominąć. Z powodu moreli niemożliwością jest tak po prostu pójść do sklepu. Poprzez wybór strony ulicy muszę się zdecydować, czy odwiedzę drzewo, czy też je ominę. Decyzja ta nie wiąże się z wielkimi emocjami. Mówię sobie: zobaczymy, jak dziś wygląda, albo: niech zostawi mnie dzisiaj w spokoju. To nie ojciec zmusza mnie do tych odwiedzin, nie wieś, nie kraj – żadna tęsknota za ziemią rodzinna. Drzewo nie jest ani obciążeniem, ani ulgą. Stoi sobie tutaj tylko jako posmak czasu. To, co zgrzyta mi w głowie, gdy zbliżam się do niego, to pół na pół cukier z pisakiem. Słowo morela brzmi dla mnie pieszczotliwie.”

[Herta Müller, „Król kłania się i zabija”, przeł. Katarzyna Leszczyńska, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2005, str.15.]


1. Kilka lat temu na spotkaniu autorskim w Poznaniu Herta Müller opowiadała o intuicyjnej różnicy jaką „widzi” jej ucho, gdy wypowiada wyraz morela w języku rumuńskim, a następnie w języku niemieckim. Rumuńskie caisa jest ciasne, twarde, zwarte, obnażone i nagie. Nie zostawia miękkiej przestrzeni (po)między. Bardziej „widzi” męskie, ściśnięte pośladki, niż kobiece, pulchne piersi. Za to niemieckie Aprikose jest miękkie, subtelne, delikatne, pokryte jasnymi włoskami. Puszyste, ale nie pulchne. Jakby się to słowo wzięło do ręki i mocniej ścisnęło, to pewnie po palcach pociekłby słodki i lepki sok. Dziewczyna, która tłumaczyła, zaczerwieniła się po ostatnim zdaniu. Krew napłynęła jej do twarzy. Rumieniec dla niej samej był zaskoczeniem, był bezwiedny, był przypadkowy. Mimo swych około dwudziestu sześciu lat spuściła głowę i uciekła wzrokiem, chociaż chciałem spojrzeć jej w oczy. […]

- – -

Cały tekst znajduje się na stronie niedoczytania.pl

Filed under: Czcze mądrości, Lekturki, Się, Wyjątki , , , , , ,

Będąc w podróży

W podróży boję się miast. Czas płynie w nich zbyt szybko. Omijam tereny przemysłowe z ich międzynarodową brzydotą i monotonią. Potrafią zniszczyć każdy pejzaż, chociaż przecież wiem, że są znakiem życia w jego codziennej odmianie.”

[Marek Zagańczyk, „Droga do Sieny”, Fundacja Zeszytów Literackich, Warszawa 2005, str. 73.]

Filed under: Wycieczki, Wyjątki , , , , , ,

Od Andrzeja do Andrzejka

Wchodząc do domu, słodkim głosem mówi, Cześć, Andrzejku!. A czarna Sierść ociera się o jej nogi. Plącze się, utrudnia przejście do małego pokoju. Przywykłem do tego, że wchodząc do domu ona mówi, Cześć, Giera!. Jestem zniesmaczony i zaskoczony, oniemiały, głos mi obumarł. Chciałem ostro zareagować, na takie krzywdzące traktowanie mojej osoby, krzyknąć, stłuc kubek, przewrócić krzesło. Zrobić coś widocznego, głośnego, cokolwiek, by tylko zwrócić jej uwagę na siebie. Upomnieć się o szczyptę czułości. Niech mnie także zauważy. Dlatego odkładam książkę, wstaję i idę do kuchni, ale nim tam dojdę, już jej nie ma, wyszła do łazienki. Gdy wraca, bierze Sierść na ręce i przytula do lewego policzka. Aleś miły w dotyku i taki miękki, Andrzejku. Mój piękny Andrzejku, szepcze. No, to już jest autentyczna przesada, abym musiał rywalizować z czarną Sierścią o jej uwagę! Chyba będę musiał się śmiertelnie obrazić i to aż na całe cztery lata. Pozostałe Sierści także mają jej za złe niezdrowe zainteresowanie okazywane Andrzejowi, nie przyszły się nawet przywitać, siedzą ukryte w swoich kątach. Miałem już tego dość, złapałem ją za rękę i splunąłem pod nogi. A ona na to, To wszystko przez ciebie, ty go uczłowieczyłeś, gdy wczoraj powiedziałeś do niego Andrzej. Odpowiadam, Ale przecież tylko się przejęzyczyłem, przecież chciałem krzyknąć tak jak zawsze: Dżejms spierdalaj ze stołu, a mi nie wyszło. Nie wyszło mi, teraz cierpię, bo jestem zazdrosny.


- – -

[inne opowieści z cyklu: „Moje życie z Dżejmsem” można przeczytać na stronie Neuro, zapraszam]

Filed under: Moje życie z Dżejmsem, Się , , , , , ,

[Anna Wieser, „CV”, {w:} „Delta”, WBPiCAK, Poznań 2009, str. 33.]

CV

W tym śnie prowadzą mnie do hotelu

To tylko jedna doba z kimś kogo znałam

plus quiz czterech prób w których okaże się

Co jest?

Siedzimy na swoich łóżkach

nie wyjmując niczego z walizek

Jesteśmy nieufni i czujni

Zamykamy drzwi zasłaniamy okna

Na balkonie stoi

Czarna gruba skórzana Oprah w kiecce z kryształkami

Oprah zarzuca nogi na stół

wyjmuje gumę z ust i zakleja

dziurę w mojej głowie

otwiera puderniczkę sypie do kawy

proszki na wychodzenie z domu

Przy stole na krzesłach

żółte samoprzylepne karteczki

Sprawy dzielone na pół

zeskanowane dziwki szklanki

upiorni cyrkowcy pożeracze chińskich kul

co jakiś czas robią meksykańską falę

śpiewając Oh, what the night

W zlewie niedzielne obiady spięte jak dzienniki

Dowody na to że jedliśmy i obracaliśmy w głowach

jak kołki zapytania cholerny quiz czterech prób

Czarna gruba skórzana o nic nie pyta

wlewa w nas zęby jak paraliż

Zasypiamy żegnając się mechanicznie

nad ranem schodzimy w dół

pijąc krystaliczny jogurt Doktora Ernsta


- – -

[Anna Wieser, jedna z „Solistek, której debiutancka książka pt.: „Delta” ukazała się tydzień temu w Poznaniu nakładem WBPiCAK.]

Filed under: Sennisko , , , , , , ,

Mądry biały a mądry czarny

Pierwszego dnia, gdy pana ujrzałam, pomyślałam sobie: ten się uratuje. Bo tutaj, żeby przeżyć, trzeba przemilczeć swoją mądrość. Wie pan, jaka jest różnica między mądrym białym a mądrym czarnym? Mądrość białego mierzy się szybkością odpowiedzi. Natomiast u nas najmądrzejszy jest ten, kto najdłużej zwleka z odpowiedzią. Niektórzy są tacy mądrzy, że nie odpowiadają nigdy. Dobrze pan robi, Massimo. Niech pan nie stara się być osią czegokolwiek. Tutaj ważność sprowadza śmierć.”

[Mia Couto, „Ostatni lot flaminga”, przeł. Elżbieta Milewska, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2005, str. 110-111.]

Filed under: Wyjątki , , , , , ,

Po powrocie z Azji

Drugi dzień z rzędu wstałem o 06:00 z minutami. Ciało płata mi figle, czas w ciele nadal przestawiony, ono żyje własnym życiem, żyje wg czasu +7 godzin, czyli dla niego nie jest 09:00, a 16:00. Trochę to uciążliwe. I męczące. I nieprzyjemne. Dzień zacząłem od włączenia płyty Variété, dawno nie słuchałem, lata całe, ale nadal słowa piosenki „Klaszczę w dłonie” powalają mnie na kolana: „Język jest po to/by go wytykać/na wiatr na mgłę//Ciało jest po to/by je używać/dusza jest po to/by nie wytrzymać// Klaszczę w dłonie/by było mnie więcej”. A potem skleiłem książkę „Pasterze nocy” Jorge Amado, która rozpadła się na części pierwsze/składowe, gdzieś w okolicach Penangu.

Faktycznie na miejscu plan podróży zweryfikował się sam, tam byłem: Poznań, Londyn, Kuala Lumpur, Malakka, Singapur, Wyspa Sentosa, Kota Kinabalu, Sepilok, Semporna, Singamata, Wyspa Sibuan, Tawau, Wyspa Penang, Georgetown, Londyn, Poznań. Pierwsze zdjęcia pojawią się dziś na Facebook’u.

sze zdjęcia pojawią się dziś na pilok, Semporna, Singamata, ?g,   spa ur, Santosa ala Lumpur, Malaka, okolicach

Filed under: Wycieczki , , , , , ,

W stronę Malezji

Jutro wylot. Plan podróży, z perspektywy stolikowej, wygląda tak: Poznań, Londyn, Kala Lumpur, Batu Caves, Malaka, Singapur, Kota Kinabalu, Sepilok, Semporna, Sandakan, Kudat, Kota Kinabalu, Penang, Georgetown, Kala Lumpur, Londyn, Poznań. Nie sądzę, aby udało się go, dokładnie tak zrealizować. Na miejscu zostanie zweryfikowany i poddany modyfikacjom, mniejszym, czy większym, to akurat nie ma znaczenia. Jest kilka stałych punktów, takich jak Kala Lumpur, Singapur, Borneo i Penang, reszta może się rozsypać i niech się potem sama usypie w nowy, lepszy plan.

Na chwilę obecną jedna lektura jest pewna: Tash Aw „Faktoria jedwabiu”; w końcu malezyjską opowieść o podróży wypada przeczytać w Malezji. Drugą książkę także wezmę. Jaką? Zdecyduję w ostatniej minucie, tuż przed wyjściem z domu.

Filed under: Wycieczki , , , , , ,

To książki

Są sposoby mówienia, które wprawiają w drżenie. I takie, które ranią. Wiele jest sposobów mówienia, które ranią nawet po śmierci tych, którzy ich używali. Te głosy i intonacje składają się na coś, co można nazwać rodziną.
Wiele jest sposobów mówienia, które odurzają oddechem martwego albo głuchego głosu. Głosów bądź ech, nie pochodzących bezpośrednio od zmarłych. Pochodzących z oddechu, który nie jest wprost oddechem przodka. Albo takich, co zalegają w gardle sekretnym głosem, oralnością bardziej skrytą niż rezonans wokalny, cichszą niż szept, przez co ma się ochotę na płacz.
To książki.
Wszystkie książki – owa całość wyklucza tomy, gdzie oralność i społeczeństwo nie zostały zdesakralizowane – tworzą coś, co można nazwać literaturą. To rodzina bez więzów rodzinnych, bezpośrednich genealogii, aspołeczne społeczeństwo. (…) Książki, na które czeka blask słońca, choć one o nim nie wiedzą, są cichsze od czystej literatury. Są jak imię kogoś, kogo się kocha i o czym się nie mówi, by dzieci nie dowiedziały się, kto jest ich prawdziwym ojcem, o czym nawet on sam nie wie.”

[Pascal Quignard, „Błędne cienie. Ostatnie królestwo I”, przeł. Tadeusz Komendant, Społdzielnia Wydawnicza ‘Czytelnik’, Warszawa 2004, str. 106-107.]

Filed under: Wyjątki , , , , , ,

Po prawdzie

„W końcu my, ludzie, którzy jeszcze czytają książki, powinniśmy ze sobą rozmawiać...” [Andrzej Franaszek, „Tylko nie (...)”, TP 24 (3127) 2009.]

Księga Wyjścia

Wejdź i wyjdź.

PodStrony

Obowiązki Domokrążcy

„(…) nie mam się (…) za głos zbiorowego sumienia, lecz tylko za jednego z jej szeregowych pracowników, domokrążcę, co uważa, że popularyzacja czytania i literatury jest psim obowiązkiem każdego, kto ma ku temu okazję (…).” [Piotr Śliwiński, „Świat na brudno”, str. 349-350.]

Słowo na niedzielę

Bądź wierny. Idź! Idź spać!