Hajfa

[niecodziennik]

Jak ubić interes po włosku? Praktyczne porady

Na wysokości Ponte Palatino chcemy przedostać się na drugą stronę ulicy, aby pod obwisłymi, gołymi gałęziami platanów pospacerować w górę rzeki i wejść na wyspę. Przejście nie jest łatwe, nie ma świateł, nie ma pasów, samochody i skutery prują, nie zwracając najmniejszej uwagi na pieszych. Już jesteśmy gotowi do przebieżki na drugą stronę, a tu nagle przed nami wyrasta mały, niebieski samochód. Przez okno wychyla się facet w wieku około 50 lat, który lekko łysieje, na sobie ma cały garnitur, a na nim płaszcz. Myślę, że musi być mu gorąco, tym bardziej, że świeci słońce. Na siedzeniu pasażera leży turystyczna mapa Rzymu, taką samą mam w torbie. Facet pyta nas po angielsku, jak dojechać do Watykanu, ponieważ nie jest stąd, przyjechał z Mediolanu i się zgubił. Dzień wcześniej przemierzyliśmy tę trasę, więc dzielnie tłumaczę, gdy kończę, on pyta skąd jesteśmy, to my, że z Polski, to on, że ma żonę z Krakowa, że za dwa tygodnie leci do Warszawy. Wymawia bez zrozumienia jakieś kalekie słowa, które imitują: „dzień dobry”, „jak się masz”, „dziękuję”. Potem mówi, że pracuje dla Giorgio Armaniego. Zza siedzenia wyciąga segregator z wycinkami z kolorowych gazet. Kartkuje go z dumą. Stuka w co niektóre zdjęcia i mówi, że on to zrobił. Zdjęcia oczywiście nie są oryginalne. Pyta, gdzie my pracujemy, co robimy w PL. Cały czas myślę, dokąd zmierza ta rozmowa, o co dokładnie kolesiowi chodzi, ale nic nie mówię, o nic nie pytam, ponieważ się dobrze bawię. Ale gdy pyta ile mamy wzrostu, to już zupełnie tracę głowę. Chwali nas za to, że tacy mili jesteśmy, że tacy uczynni i tacy „fun”. I po słowach: „Mam dla was prezenty, tylko musicie mi obiecać, że ich nie sprzedacie. Obiecujecie?”. No co mieliśmy zrobić, obiecaliśmy. Wtedy on wyciąga zza siedzenia reklamówkę z dwiema skórzanymi kurtkami, zachwala, że to prawdziwa skóra, że taka miękka i delikatna, że mamy dotknąć, pogłaskać. Jestem coraz mocniej rozbawiony. Wręcza reklamówkę, więc pięknie, jak uczyła mama, dziękujemy, kłaniamy się nisko i chcemy iść dalej, bo Wyspa czeka, a słońce takie piękne. Może będą dobre zdjęcia. Ściskamy sobie dłonie, jak prawdziwi mężczyźni, zespoleni międzynarodowym braterstwem. Facet trochę za długo trzyma moją dłoń w swojej, w końcu trochę wciąga mnie do samochodu, pokazuje na licznik i prawie płaczliwym tonem mówi, że musi jeszcze dziś wrócić do Mediolanu, a nie ma żadnej gotówki a jego karta jest „broken”. Na potwierdzenie wyciąga pusty portfel i „zepsutą” kartę. Wtedy już nie wytrzymuję i zaczynam się głośno śmiać. Odkładamy reklamówkę na przednie siedzenie i idziemy robić zdjęcia. Samochód odjeżdża, w locie łapię ostatnie słowa łysego: „chujci”. Pana z małego samochodziku będziemy z rozbawieniem wspominać jeszcze przez najbliższe dni.

Filed under: Czcze mądrości, Wycieczki , , , , , , ,

[László Krasznahorkai, „Szatańskie tango”, przeł. Elżbieta Sobolewska, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2004, str. 12-13.]

>>O Boże!<< – stęknęła nagle Schmidtowa, rozpaczliwie rozejrzała się w półmroku, jej piersi aż falowały, ale kiedy spojrzała na niego, odetchnęła z ulgą i opadła na poduszkę. >>Co się stało? Dręczyły cię koszmary?<< – zapytał Futaki. Schmidtowa ciągle jeszcze z przerażeniem w oczach wpatrywała się w sufit. >>Boże, i to jakie! – westchnęła, przykładając dłoń do serca. – Wyobraź sobie… Siedzę w pokoju… i nagle ktoś puka do okna. Nie mam odwagi otworzyć, staję obok i wyglądam zza firanki. Widzę tylko jego plecy, szarpie za klamkę… potem usta, krzyczy, ale nie rozumiem słów… jego twarz pokrywa zarost, oczy ma jak ze szkła… straszne… Po chwili przypomina mi się, że wieczorem tylko raz przekręciłam klucz w zamku, ale wiem, że nim dobiegnę do drzwi, będzie za późno… szybko zamykam kuchenne drzwi, ale uświadamiam sobie, że nie ma w nich klucza… Chcę krzyczeć, ale nie mogę wydobyć głosu z gardła. Potem… już nie pamiętam… dlaczego, czy po co, nagle… przez okno zagląda Halicsowa i szczerzy w uśmiechu zęby… Wiesz przecież, jak ona wtedy wygląda… słowem, zapuszcza do kuchni żurawia… i nagle znika… ale wtedy tamten już dobija się do drzwi, wiem, że jeszcze chwila i będzie w środku, i wtedy przychodzi mi na myśl nóż do chleba, pędzę w stronę kredensu, ale nie mogę otworzyć szuflady, szarpię… i wydaje mi się, że zaraz umrę ze strachu… po chwili słyszę, jak drzwi z hukiem wypadają z framugi i ktoś idzie korytarzem… ciągle nie mogę wysunąć szuflady… a on już stoi w kuchennych drzwiach… wreszcie udaje mi się wysunąć szufladę, łapię nóż, on zbliża się, wymachując rękoma… i… nie wiem… nagle widzę, że leży w kącie, pod oknem… niebieskie i czerwone garnki, które miał ze sobą walają się po kuchni… i czuję, jak podłoga drży pod moimi stopami, wyobraź sobie, cała kuchnia rusza naprzód niczym samochód… ale już nie pamiętam dokładnie…<< – kończy i śmieje się z ulgą. >>No nieźle! – pokręcił głową Futaki. – A mnie, wyobraź sobie, obudziło bicie dzwonów…<< >>Co takiego?! – spojrzała zaskoczona kobieta. – Dzwonili? Gdzie?<< >>Nie wiem. Nawet dwa razy…<< Schmidtowa pokręciła głową. >>W końcu zwariujesz<<. >>A może mnie też się to wszystko śniło? – mruknął z niepokojem Futaki. – Zobaczysz, jeszcze dzisiaj coś się wydarzy…<<

.

- – -

{sen przesłała: Ewa Z., dziękuję}

Filed under: Sennisko , , , , , ,

[271. 104] Julia Fiedorczuk, „Poranek Marii i inne opowiadania”, Wydawnictwo Biuro Literackie, Wrocław 2010.

(…)Na przerywnik między opowiadaniami Julii Fiedorczk wybrałem komiks „Kobiety” Yoshihiro Tatsumi’ego. I to był zły wybór. Zły, ponieważ zamiast oddzielać od siebie opowieści z obu książek, zaczęły się one ze sobą łączyć. Wszak obie książki opowiadają o kobietach, które nie potrafią, bądź nie chcą, przyjąć na siebie tradycyjnych kobiecych ról społeczeństwa patriarchalnego: matki, żony, kochanki. Bohaterki Tatsumi’ego wykazują więcej aktywności, starają się nagiąć rzeczywistość do swoich brudnych pragnień i potrzeb. Bohaterki Fiedorczuk są raczej zrezygnowane, poddały się jakiś czas temu, funkcjonują gdzieś na obrzeżu i powoli znikają. Tym co łączy obie książki jest zły wpływ społeczeństwa na wszystkie bohaterki. Utwory zebrane w książce „Poranek Marii…” opowiadają o kobietach, które są inne, które odstają, które są odmienne, które się nie przystosowały, ponieważ proces socjalizacji w ich wypadku nie przebiegł prawidłowo. Nie powiódł się. Bohaterki Fiedorczuk nie potrafią normalnie funkcjonować w społeczeństwie. Nie zdołały się dopasować. Są oderwane od całości. Nie potrafią się w nim odnaleźć i dlatego są wystawiane (bądź same się wystawiają) poza nawias normalnego, zdrowego, funkcjonalnego społeczeństwa. (…)

.

- – -

Cały tekst recenzji z książki „Poranek Marii i inne opowiadania” znajduje się na stronie: biuroliterackie.pl [klik, klik!]

Filed under: Lekturki , , , , , , , ,

Pilna sprawa

Wczoraj wieczorem grałem z Kamykiem w domino [to taka gra, szczegóły tu]. Potyczka była zacięta. Walczyłem dzielnie do ostatniego kamienia. Przegrałem, ostatecznie przegrałem 200 do 23 i dlatego miałem postawić lody w Browcu przed filmem. Ale za dużo czasu spędziliśmy w Empiku, oglądając komiksy. „Sherlock Holmes” okazał się bardzo męskim filmem, a sam bohater nie jest w tej ekranizacji dżentelmenem, co zapisuję na plus dla filmu. Wracając, gdy przechodziliśmy ulicą Krysiewicza, prawie przed sklepem firmowym Beate Uhse, zatrzymał się przed nami duży, szary samochód, chyba BMW, ale nie jestem pewien, bo się nie znam na samochodach. W każdym razie szyba kierowcy zjechała w dół, wychylił się facet i zapytał: „Chłopaki, którędy do Tesco?”. Była 22:30 lub 22:45. Środek Starego Miasta, do Rynku jakieś 150 metrów. Facet dobitnie nie był stąd. Trochę czasu zajęło nam przekonanie go, że znajduje się w środku miasta i tu nie ma żadnych marketów. „A może wiecie, jak dojechać do M1?”. Wiedziałem! Zacząłem tłumaczyć, niezbyt dobrze, bo facet zapytał, czy to daleko. „Tak, jakieś 10 km”, odpowiedziałem. Kamyk starał się dowiedzieć, dlaczego musi do marketu, „A czego szukasz? Co chcesz kupić? Może wódkę, piwo czy chleb? Są tu gdzieś jakieś nocne sklepy”. „Nie, nic z tych rzeczy”, odpowiedział. „Mojej  dziewczynie złamał się paznokieć, muszę kupić pilniczek, pilna sprawa, nie może czekać do rana! Rozumiecie?”

Filed under: Porażki , , , , , , ,

Chciałbym się podzielić

Przez miesiąc szukałem nowej muzyki. Czegoś co mnie powali, czegoś spowoduje, że rozpadnę się na małe kawałeczki. Zaczęło się od Aarona, którego przesłała mi Natalia. Potem szukałem dalej, szukałem i przeszukałem (przesłuchałem) łącznie 333 nowe piosenki, dokładnie 24 godziny i 17 minut oraz 25 sekund nowej muzyki, wcześniej nie znanej. Nie znalazłem nic, co powaliłoby mnie na kolana. Teraz chciałbym zdać relację ze swoich poszukiwań:

- Aaron Jerome, „Time To Rearrange” (2008); tak, dzięki Fisza, 5/6;

- Beady Belle, „Closer” (2005); elektro-jazz z miłym wokalem, podoba mi się, ale bez szaleństw, +4/6;

- Des’ree, „Dream Soldier” (2003); mało wciągający soul, 3/6;

- Emilíany Torrini, „Fisherman’s Woman” (2005); Boże, jaki ta Pani ma brzydki i dziecięcy głosik, -5/6;

- Emma Shapplin, „Macadam Flower” (2009); wolę klasyczne divy operowe, takie jak Magdalena Kožená, 3/6;

- Fay Wolf, „Blankets” (2009); EP-ka, skromne pop-wycie przy akompaniamencie fortepianu, +3/6;

- Fever Ray, „Fever Ray” (2009); intrygujący wokal w elektronicznym sosie, pani Andersson śpiewa tak, jakby przychodziło jej to z wielkim trudem, +4/6;

- Jaine Rogers, „Under Your Skin” (2009); klasyczne aranżacje jazzowe, a do tego całkiem przyjemny wokal, subtelne, pościelowe dźwięki, wyraźnie brakuje jakiegoś mocniejszego akcentu, 4/6;

- Laura Veirs, „Troubled By The Fire” (2003); prawie country, mało ciekawe, -3/6;

- Lene Marlin, „Playing My Game” (1998), „Another Day” (2003), „Lost In A Moment” (2005), norweski pop, żadnych zachwytów, 2/6;

- Mahalia Jackson, „Recorded Live In Europe During Her Latest Concert Tour” (2001), klasyka gospel & spirituals, -5/6;

- Maiko Watson, „Sweet Vibration” (2009); nawet miłe, ale nic poza tym, -4/6;

- Massive Attack, „Heligoland” (2010); stare, dobre czasu nie wrócą – niestety, 4/6;

- Mayra Andrade, „Stória, Stória…” (2009); wolałem poprzednią jej płytę: „Navega”, bo była bardziej żywiołowa, ale i tak jej zachrypnięty głos mnie uwodzi, -5/6;

- Melanie Fiona, „The Bridge” (2009); niebanalny głos w nurcie soul i r&b, niektóre aranżacje kawałków zaskakujące, 5/6;

- Natasha St-Pier, „Tu Trouveras… 10 Ans De Succès” (2009); francuskie pitu-pitu, przyznaję: nie dałem rady przesłuchać całości, -2/6;

- rad., „Getting Down Is Free” (2009); a to ciekawe, -5/6;

- ReNeda, „Never Give Up” (2009); trochę bardziej wciągający soul z elementami r&b, 4/6;

- Sabrina Starke, „Yellow Brick Road” (2009); ciepły r&b z elementami soul, da się słuchać, znaczy nie przeszkadza, dobre do zasypiania, -4/6;

- Shapes Stars Make, „These Mountains Are Safe” (2010); b. delikatny rock, który rockiem nazywany jest chyba tylko dlatego, że jest tu jakieś szczątkowe gitarowe granie, mało wokalu i to mi chyba najbardziej nie odpowiada, -3/6;

- Simphiwe Dana, „The One Love Movement On Bantu Biko Street” (2006); afro czad z elementami jazzu, fascynujący, transowy wokal, gdy śpiewa a capella, to ociera się o spirituals,  +5/6

- Soap&Skin, „Lovetune For Vacuum” (2009); ciemne, proste, elektroniczne, ciekawe, chwilami nawet bardzo, -5/6;

- Sophie Zelmani, „A Decade of Dreams 1995-2005” (2005); przyjemnie smutne, +4/6;

- Thomas Dybdahl, „En Samling” (2009); norweski Declan De Barra, ale z mniejszymi jajami, dzięki Karo, +4/6;

- Trizonna McClendon, „NewFamiliar” (2009); warte przesłuchania, ale nie powalające, popłuczyny po Sade, +3/6;

- Tori Amos, „Abnormally Attracted To Sin” (2009); nie potrafię się przekonać, -4/6.

Filed under: Porażki , , , , , , ,

W łazience na drabinie

Stoję na drabinie w łazience. Łazienka jest rybnicka, rodziców. Mała, klaustrofobiczna i wyłożona białymi kafelkami od sufitu po podłogę, na ścianach także białe kafelki. Wiszą różowe ręczniki. Z okna jest widok na Wartę i most Królowej Jadwigi. Rzeką płynie kra, na której siedzą małe, czarne pieski. Stoję na drabinie, ale nic nie robię. Nie wymieniam żarówki, nie ściągam pajęczyn, nie myję okna. Stoję. Po drugiej stronie, w drzwiach, Anna S. Lewą ręką opiera się o framugę. Mówi, że właśnie wróciła z pracy, że jest bardzo zmęczona, że nie ma siły, że mi nie pomoże. Nie bardzo rozumiem, w czym ma mi pomóc. Jeszcze mniej rozumiem, co ona tu robi. Twardo stoję na drabinie. Tu jest moje miejsce. Z pokoju słyszę ciężki oddech ojca. Potem wielki hałas, coś się zbiło, przewróciły jakieś sprzęty, wiem, próbował wstać z fotela i podejść do łóżka, ale jego patykowate nogi nie wytrzymały ciężaru, więc upadł prosto na stół.

I choć minęły już dwa dni, to nadal nie potrafię sobie dokładnie przypomnieć, co w tym śnie robił Ludwik Dorn i dlaczego z Justyną G. szedł pod rękę przez przedpokój.

Filed under: Sennisko , , , , , ,

Przypominając „Profile”

[W ramach projektu „Poeci na Nowy Wiek. Rocznik 2006” prowadzonego na stronie Biura Literackiego przez Romana Honeta, został przypomniany przez niego, obok książek Zofii Bałdygi, Ryszarda Będkowskiego, Magdaleny Bielskiej, Krystyny Dąbrowskiej, Macieja Frońskiego, Marty Grundwald, Piotra Janickiego, Łukasza Jarosza, Marcina Orlińskiego i Tomasza Pułki, mój debiut.]

Maciej Gierszewski, Profile

Podzielony / na dwa miasta, w jednym mieszkam a w drugim się // zjawiam – zapisał Maciej Gierszewski. Owe dwa miasta, tu sytuacyjnie umieszczone w wierszu Gierszewskiego, można uznać za pewien model umożliwiający odczytanie jego tomu w poszerzonej perspektywie. Wtedy to pierwsze miasto wydawałoby się absolutnie znajome, oswojone w każdym detalu: zostało wyposażone w szczegółową topikę, jakby na wiersz nałożono precyzyjnie wykonany fragment miejskiej mapy i bohater poruszał się w jego obrębie: Stoisz pod wiatą na Wierzbięcicach naprzeciwko / Zielonej Żabki, Wychodząc na Wyzwolenia // omal nie potrąciłem samochodu. Tak ujęta przestrzeń mogłaby sugerować, że towarzyszy bohaterowi wierszy Gierszewskiego od lat, a ten, przemierzając swój naturalny rejon, pamięta zwłaszcza zjawiska niecodzienne, wprowadzające poruszenie do zwyczajności: w następnych dniach [woda] zaczęła podchodzić / pod skarpę Osiedla Młodych z jednej / strony i pomarańczową stację ESSO z drugiej.

Ojcowie miasta / wydali maski, butle tlenowe i płetwy. / Podwodne promy kursują regularnie. / Kartografowie szkicują już nową mapę – natomiast ten zapis mógłby świadczyć o funkcjonowaniu drugiego miasta, właściwie odmiennego świata, gdzie mieszkańcy stanowią masę podlegającą kontroli, sprawującą się względem dyrektyw, narzucanych im przez władców-projektantów tego molocha. Oni tam na górze czekają – zapisuje Maciej Gierszewski jakby w przekonaniu, że bohater jego wierszy jest zarządzany przez siły działające poza zakresem jego świadomości, że – mówiąc wprost – uprawia się go. Już nie przemieszcza się suwerennie po zapoznanym terytorium, które może i bywa nużące, lecz pozwala poczuć się właścicielem danego fragmentu przestrzeni. Zamiast tego jest umieszczany w określonych miejscach, gdzie zostaje uprzedmiotowiony i ubezwłasnowolniony: Wniesieni do wielkiego magazynu. / Wyjść stąd możemy tylko przez komin.

Jeśli rzeczywistość w wierszach Gierszewskiego stanowi konstrukcję, należy przyznać, że powstała tu pewna struktura totalna, ale jej tajemniczym architektom z lepszym rezultatem posłużyła posiadana siła niż solidność, swoje dzieło bowiem wykonali niezbyt fortunnie, co przyznaje sam autor: Dzień się psuje. Wyskakują sprężynki, / wypadają nity. Jak widać, nierozpoznani stwórcy wyszli poza wznoszenie budynków, wznieśli się ponad zarządzanie samą przestrzenią, posiadają prerogatywy znacznie potężniejsze, ale żaden z tych przymiotów nie czyni doskonałymi dzieła, które wykonali. Zawyrokować, że to źli demiurgowie, byłoby chyba na wyrost. Może warto przymrużyć oko i powiedzieć, że po prostu mają pecha. A bohater wierszy Gierszewskiego sam boryka się z efektami tej światotwórczej fuszerki, konstruktorzy bowiem ulotnili się i z niewiadomej odległości sprawują władzę nad pozostawioną nam niedoskonałością, gdzie nieobecność syczy, / pokazuje rozdwojony język. Ale może wystarczy tego sekretnego sprawstwa, demiurgicznych rozważań, to zaledwie możliwość tropu, nie wyłączna. Zwłaszcza że Gierszewski zmaga się również z rzeczami dotkliwie przyziemnymi, czasem wplata w wiersze dialogi zasłyszane na ulicy, czasem wydostają się z niego melancholijne zapisy: Pamiętasz może co robiliśmy wczoraj? A przed / wczoraj? A tydzień temu? Odnieść się, odwieść. Przejmujące wołanie o własną pamięć zachowaną w innym: nie w stwórcy. W człowieku.”

Filed under: Się , , , , , ,

[267. 100] Riccardo Orizio, „Zagubione białe plemiona. Podróż w poszukiwaniu zapomnianych mniejszości”, przeł. Joanna Ugniewska i Mateusz Salwa, Wydawnictwo Czarne S.C., Wołowiec 2009.

1. Kiedy myślę o prozie podróżniczej, to wydaje mi się, że powinna ona traktować o poznawaniu, bądź odkrywaniu świata. Świata wcześniej nieznanego, nieopisanego, niezbadanego. Przez „świat” rozumiem inną, niż autora, kulturę, historię, architekturę, obyczaje i t d. Riccardo Orizio spełnia te warunki, jednakże nie opisuje miejsc a ludzi. Prawdę mówiąc książka przedstawia specyficznych ludzi. Autor skupił się na „białych plemionach”, czyli w egzotycznych miejscach „nowego kolonialnego świata” wyszukał pozostałości przeszłości, relikty z czasów, gdy Europejczycy przemierzali świat w poszukiwaniu korzeni, niewolników, przypraw i złota.

2. Poznawanie odkrytych przez Riccardo Orizio „białych plemion” jest fascynujące. Zadał sobie niemało trudu, aby odkryć skąd wzięli się akurat ci biali w tym właśnie miejscu, jaka jest ich historia, jak żyli, jak żyją. Jest dociekliwy i ta dociekliwość jest dużym plusem całej książki. Ponieważ dzięki niej dowiedziałem się między innymi skąd w Brazylii wzięli się Amerykanie, a dokładnie Konfederaci, którzy po przegranej wojnie Secesyjnej przybyli do tej portugalskiej kolonii.

3. Każda z opowieści snutych przez autora jest na swój sposób niesamowita i pasjonująca: biali Jamajczycy z dredami w kolorze blond, klasa białych Burgów ze Sri Lanki albo żyjący w kazirodczych związkach grupa Matignonów na Gwadelupie. W sumie książka składa się z opowieści o sześciu grupach białych, którzy żyją w miejscach, gdzie nie można się ich spodziewać. Każda z tych grup jest inna. Ale to co ich wszystkich ze sobą łączy, to „zawieszenie między przywilejami a dyskryminacją” oraz bieda, ponieważ są przegrane, są skamielinami Historii, anomalią skazaną na wymarcie, całkowite unicestwienie. Być może rozmowy, które przeprowadził z członkami tych społeczności Riccardo Orizio, są ostatnimi spisanymi dokumentami ich obecności w tym miejscu i czasie.

4. Książka napisana jest klarownym językiem. Lekko się ją czyta, ponieważ styl jest prosty, pozbawiony ozdobników. Autor nie sili się na sztuczną mądrość, nie mędrkuje, jego rozważania o czasie i ludziach są zaskakująco spójne. Kładzie nacisk na opowieści swoich bohaterów, nadając przez to książce osobisty, bardzo intymny wydźwięk. Pewnie dzięki tym zabiegom książka ma po części charakter reportażu z podróży do obcych ludzi.

Filed under: Lekturki , , , , , ,

Na stół

Drugą połowę środy przed wigilią i samą wigilię (aż do pierwszej gwiazdki na niebie) spędziłem w kuchni wśród garów, talerzy, półmisków, noży, form, mas, miotły, kotów i psa. Uwijałem się jak ta mała pszczółka, aby ze wszystkim zdążyć na czas, aby wszystko przygotować, aby wszystko było ciepłe. Udało mi ulepić makowca oraz się przygotować: kapustę z grzybami (wielki gar, za dużo, źle dobrałem składniki i wyszło tego tyle, że cały pułk ułanów miałby co jeść), ugotowałem barszcz (z buraków, a nie torebki) do tego paszteciki z ciasta francuskiego z farszem grzybowo-cebulowo-czosnkowym, sałatkę z porem, orzechami włoskimi, jabłkiem i rokpolem, drugą sałatkę z serowymi kulkami, które lepiłem ręcznie z białego sera, czyli twarogu, no i jeszcze ryby, dwie różne, kahrgulenę pieczoną z warzywami z kwaśnym, białym sosem oraz sandacza z pesto i oliwą. I muszę się nieskromnie przyznać, że sandacz był pyszny! Był tak pyszny, że w skali od 1 do 6  dostał notę: 6. I to nie tylko ode mnie. Tak wyglądał:

Sandacz był tak pyszny, że podaję przepis [proporcja dla 4 osób]: filet z sandacza (80 dkg), 3 łyżki pesto z bazylii, 3 łyżki bułki tartej, starta skórka z 1 cytryny, 3 łyżki zielonych oliwek, 2 łyżki czarnych oliwek, 10 suszonych pomidorów z zalewy, 1 średnia cukinia, 4 łyżki oliwy, sól i pieprz. Przygotowanie: rybę wypada umyć, wysuszyć, następnie pokroić na 4 części i wetrzeć w nie sól oraz pieprz, niech tak sobie leży przez godzinę i dycha. W tym czasie należy pokroić oliwki w plasterki, pomidory w paski a cukinię w małe kosteczki – wszystkie trzy składniki mieszamy ze sobą w oddzielnym naczyniu. W innym, mniejszym naczyniu, mieszamy pesto z bułką tartą i skórką z otartej cytryny, konsystencja tej mieszanki powinna się nadawać do smarowania, jeśli jest zbyt gęsta, można ją rozcieńczyć (lekko) dolewając oliwy; tą mieszanką smarujemy kawałki sandacza z obu stron i układamy je do żaroodpornego naczynia, następnie zasypujemy rybę mieszanką z cukinii, oliwek i pomidorów, całość polewamy oliwą. Naczynie z rybą wstawiamy do rozgrzanego do 190ºC piekarnika i pieczemy 20 minut. Przy wyciąganiu należy uważać, gdyż naczynie jest gorące.

Filed under: Czcze mądrości , , , , , ,

Etgar Keret: Życzenia z Izraela

Wesołych Świąt

Był taki jeden, co chodził po wodzie. Nie żeby to była jakaś wielka sprawa. Dużo ludzi może chodzić po wodzie. Większość o tym nie wie, bo nie próbuje. [...] Ten człowiek w każdym razie uwierzył, spróbował i jakoś mu wyszło. [...]

[...]

życzę Wesołych Świąt Bożego Narodzenia.

.

- – -

Etgar Keret, „Wesołych Świąt”, przeł. Agnieszka Maciejowska, {za:} „Tygodnik Powszechny”, nr 51-52 (3154-3155), 20-27 grudnia 2009, Kraków, str. 8.

-

[Tekst zdjęty na prośbę Działu Promocji "Tygodnika Powszechnego", aby przeczytać całość, proponuję zakupić najnowszy numer krakowskiego pisma.]


Filed under: Wyjątki , , , , , , ,

Jak dojść do czegoś w życiu?

Przez chwilę wydawało mu się, że to był tylko straszny sen; zaraz wszystko się wyjaśni, trzeba się po prostu obudzić, włączyć w życie i dojść w nim do czegoś dzięki dobrym manierom i pilnej pracy.”

[Sándor Márai, „Zbuntowani”, przeł. Teresa Worowska, Spółdzielnia Wydawnicza ‘Czytelnik’, Warszawa 2009, str. 13.]

Filed under: Wyjątki , , , , , , ,

Przygnębiający mróz

Prawdę mówiąc nie wiem, jak mi się udało wstać. Co prawda planowałem pobudkę na 10:00, ale gdy zadzwonił budzik, to go zwyczajnie wyłączyłem. Wstałem jakby przez przypadek. Nagle, nie wiedzieć dlaczego, przebudziłem się i usiadłem na łóżku. Spojrzałem na godzinę, była 12:30. I tyle. Chociaż chętnie spałbym dalej, ponieważ nadal czuję się śpiący. Spałbym, ale już nie wypada. „Wypada coś zrobić”, tak pomyślałem, siedząc na łóżku i motywując się do aktywności innej niż sen. A sen miałem przyjemny. Nie pamiętam zbyt wiele, jedynie jakieś erotyczne przebłyski, typu brązowe gołe ramiona, głęboki jak studnia pępek, w którym zabrał się pot, bardzo ciemne sutki. Z zaplanowanej aktywności udało mi się jedynie zrobić sobie kawę i spalić dwa papierosy. Niewiele więcej. Myślę, że to wszystko przez ten tydzień, który właśnie minął. On mnie do takiego stanu doprowadził. Te paczki. Tysiące paczek i ludzie, którzy chcą swoje paczki. To minie, jednak jeszcze nie jutro, ale to będzie jutro. Dziś myślę o Natalii i Krzychu, którzy za chwilę wrócą do kraju i których spotkam. Justyna już wróciła. Chcę się z nią zobaczyć, jak najszybciej. Dziś zostałbym w domu, nie wychodził, na szczęście większość świątecznych prezentów kupiłem wczoraj, ale i tak muszę coś w mieście załatwić. Odwlekam wyjście. Ponieważ na samą myśl robi mi się zimno. Dlaczego jest tak zimno?

Filed under: Porażki, Sennisko , , , , , ,

Marta Podgórnik: wiersz

Gorzkie żale

Nie jestem poetką intelektu, ponieważ mam cipkę, a nie chuja; moje

poglądy na sztukę nikogo nie interesują. Nie jestem feministką, ponieważ

mam mózg oprócz cipki, i to on determinuje moje zachowania. Jestem

zakładniczką ludowej teorii, że mądrzejszy powinien głupszemu ustąpić.

Nie jestem mężatką, bo jestem w stanie sama się utrzymać. Ostatni

kochanek dymał mnie w skarpetkach na hotelowym łóżku. Strasznie było

fajnie.

Zawsze za wszystko płacę. To mnie nieco wkurwia, bo przecież koszta

imprez winny się rozkładać bardziej proporcjonalnie między członków

imprez. Jednakże nie narzekam.

Tak, czasami udaję głupszą niż jestem, żeby kolegom nie robić

przykrości. To jak zwalniać bieg, kiedy się z kimś ścigasz, z kimś, kto

jest Ci zbyt drogi, żebyś chciał z nim wygrać.

Tak, kotki, Bóg istnieje. Teraz słucham Waszych przewidywalnych wierszy,

i wiem, że istnieje, bo człowiek nie mógłby sam z siebie być tak

perfidnie samozachwycony tym, że potrafi jako tako sklecić trzy albo

cztery zdania i ktoś mu to wyda.

Wiem, że to będzie moja najsłabsza książka. Jest słaba, bo nudzi jej się

bycie silną. Przed trzydziestką wydała te wiersze zebrane z kilku

tomików, w których w coś wierzyła i dawała tej wierze wyraz na papierze.

Tymczasem nawet kochankowie jej nie szanowali. Nie, to nie. I

spierdalać. Jak to o niej mówili? „Tandetna efekciara”, „zazdrosna

grafomanka”, „niezła kupleciara”. Nie ma tragedii, bo już nie ma nic.

Graliśmy kiedyś we wszystkich zespołach, nawet discopolowych.

Tańczyliśmy głośno i cały świat się zwijał u naszych zmęczonych,

tanecznych stópek. Złote lata ponowoczesności. Potem przyszedł ten

grudzień, kiedy dałeś mi w twarz przy kolegach, i żaden nie zareagował,

bo przecież wiedzieli, że bym się obraziła. Potem usunęłam ciążę w

prywatnej przychodni w Tychach. Lekarz spartaczył sprawę, później go

zamknęli, ja nie chciałam zeznawać, nie chciałam przynosić więcej wstydu

rodzicom; już mieli go dosyć.

Dziewczyny z wydawnictwa, ten numer jest dla Was! Jesteście świetne;

bardzo Was przepraszam, że podnosiłam na Was głos i piłam alkohol. Nadal

piję alkohol, choć raczej nie podnoszę głosu. Chyba nie mam na kogo.

Nikt się nie wpierdala w mój styl życia i sposób, jaki obrałam, aby jako

dobra katoliczka zapobiec samobójczej śmierci, która, o ironio

lingwistyczna, jest grzechem śmiertelnym.

Gwiazdorze Rocka. Kochałam Cię mocno bezinteresownie. Pojechałam na

festiwal opolski, żeby Cię zobaczyć w idiotycznym kostiumie. Nawet dolna

warga mi nie drgnęła, znajomym też nigdy nie pozwalałam z Ciebie zakpić,

ani Cię oceniać. W łóżku byłeś najlepszy. W wannie też było cudownie.

Potem wybrałeś azyl na zadupiu, i pewnie nigdy nawet nie otwarłeś mojej

książki.

Kochani debiutanci, autorzy redagowanych przeze mnie książek, studenci

warsztatów twórczego pisania, pracodawcy, taksówkarze, komornicy,

prawnicy, ekspedientki, kolejarze, itd. Co Wam szkodziło być miłymi dla

mnie?

Byłam, a może bardziej starałam się być, miłą osobą. Niekiepsko się na

tych mrzonkach przejechałam.

.

- – -

[Marta Podgórnik, „Gorzkie żale”, {w:} „Dodatek LITERAcki. Gdynia”, nr 4(5)2009, str. 4.]

Filed under: Wyjątki , , , , , ,

Dwie scenki

Poznań, CH Panorama, podglądam i podsłuchuję rzeczywistość. Taka scenka: ojciec prowadzi za rączkę 5-letnią córeczkę i zupełnie poważnie mówi do niej: „Jesteś za gruba, musisz schudnąć, bo nic w życiu nie osiągniesz”, na co ona: „Ale Jola jest grubsza”, on odpowiada: „Jola to kaszalot. Poważnie chcesz wyglądać jak ona? Chcesz, aby nikt cię nie lubił?”.

Magdalena D., rewanżuje się taką scenką: Bielany, Leclerc, synek z ojcem w dziale z książkami, ojciec do syna „Chodź, kupię ci Franklina, jest niedrogi, nawet dziś wieczorem ci przeczytam”, syn nie wykazuje zainteresowania, przechodzą do kolejnego regału, ojciec zrezygnowanym tonem: „No to może kolorowanę o Bogu?”.

Filed under: Porażki , , , , , , ,

W zdrowym ciele, zdrowy duch

Gimnastyka jazzowa jest związana z ćwiczeniami gimnastyczno-tanecznymi, wykonywanymi do tanecznej muzyki jazzowej. Ruchy ciała wykonywane w czasie tej gimnastyki oddają treść muzyczną oraz rytm. Początek tego typu ćwiczeń jest związany z tańcem Murzynów, który charakteryzował się drobnymi kroczkami, równoległym stawianiem stóp, dużą ruchliwością tułowia oraz równoczesnym, rytmicznym poruszaniem mięśniami różnych części ciała. W gimnastyce jazzowej dominuje rytm i muzyka. Ponieważ jednym z zasadniczych zdań tego typu ćwiczeń, jest rozwijanie poczucia rytmu muzycznego, które wyraża się poprzez proste i estetyczne ruchy. Istotne jest stosowanie zmiennych rytmów – poprzez przyspieszanie lub zwalnianie kroków tanecznych – z ruchem różnych części ciała. Tego typu ćwiczenia przyczyniają się do polepszenia kondycji, ale i poprawiają znacząco koordynację ruchową. Drugim ważnym, po rytmie, elementem gimnastyki jazzowej jest muzyka, która traktowana jest jako środek niezbędny przy prowadzeniu ćwiczeń. Ponieważ dyscyplinuje i ułatwia wykonywanie ruchów w określonym czasie. Dodatkowo pobudza emocjonalnie, poprzez rytmiczne melodie różnicujące ćwiczenia. Wytwarza nastrój oczekiwania i ciekawości, pod wpływem którego zmniejsza się znużenie i zniechęcenie do wykonywanych ćwiczeń. Wywołuje dobre samopoczucie i radość. Dodatkowym pozytywnym aspektem muzyki jazzowej jest fakt, że wciąga do ćwiczeń osoby nieśmiałe i bojaźliwe, które wstydzą się własnej niezgrabności. Dobór muzyki jest zależny od rodzaju ćwiczeń, ale nie należy zapominać by ruchy ćwiczących odzwierciedlały muzykę. Ćwiczenia ruchowe gimnastyki jazzowej obejmują całe ciało, poszczególne jego części, ale w taki sposób, że całe ciało jest zaangażowane w wykonywane ruchy. Dlatego są ćwiczenia głowy, szyi, barków, rąk, klatki piersiowej, tułowia, bioder, nóg. Ważnym pozytywnym aspektem ćwiczeń jazzowych jest fakt, że można je wykonywać w miejscu, w biegu, w marszu, w pozycji niskiej, wysokiej – wachlarz jest bardzo szeroki i przydatny, gdyż dodatkowo są ćwiczenia w siadzie, leżeniu, klękaniu. Charakterystyczna dla ćwiczeń jazzowych jest sytuacja, że większość z nich wykonywana jest przy równoległym ułożeniu stóp, ugiętych kolanach i delikatnym pochyleniu tułowia do przodu. Niektóre elementy ćwiczeń zaczerpnięto, dodano, z tańca klasycznego. Tym co wyróżnia i rozróżnia gimnastykę jazzową jest zasada polegająca na angażowaniu w ruch całego ciała oraz wszystkich mięśni. Ćwiczenia powinno się rozpocząć od prostych form ruchowych i to w rytmie umiarkowanym. Następnie w miarę nabywania przez ćwiczących umiejętności i koordynacji ruchowej można zwiększać tempo i łączyć ruchy w zestawy. Ważnej jest, aby ćwiczący rozumiał celowość i świadomość każdego ruchu. Gimnastyka jazzowa może być dostosowana do każdego środowiska osób, bez względu na wiek i umiejętności ruchowe.

Filed under: Czcze mądrości, Porażki , , , , , ,

Po prawdzie

„W końcu my, ludzie, którzy jeszcze czytają książki, powinniśmy ze sobą rozmawiać...” [Andrzej Franaszek, „Tylko nie (...)”, TP 24 (3127) 2009.]

Księga Wyjścia

Wejdź i wyjdź.

PodStrony

Obowiązki Domokrążcy

„(…) nie mam się (…) za głos zbiorowego sumienia, lecz tylko za jednego z jej szeregowych pracowników, domokrążcę, co uważa, że popularyzacja czytania i literatury jest psim obowiązkiem każdego, kto ma ku temu okazję (…).” [Piotr Śliwiński, „Świat na brudno”, str. 349-350.]

 

Luty 2010
P W Ś C P S N
« sty    
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728

Słowo na niedzielę

Bądź wierny. Idź! Idź spać!