Zimorodek
Pierwszego dnia spływu kajakowego Brdą z Rytla do Woziwody potrafiłem się skupić na wszystkim innym, tylko nie na machaniu wiosłem. Tyle rzeczy mnie rozpraszało. Świat istnieje i rozprasza. Wierny jestem obserwacji, która przekłada się na banalny – chwilami – zachwyt, owe ochy i achy. Świat przyrody rozprasza tym bardziej, mnie z pewnością. [Tydzień po powrocie, kartkując „Nieobjętą Ziemię” Miłosza, szukając zupełnie innego fragmentu, przypadkiem natykam się na fragment: „Przyroda mnie szybko nudzi, a nuda i mdłości to prawie to samo. (…)Ależ przedmiotem mojej kontemplacji nie była przyroda”, a moim była i jest. Miłosz do obserwacji i rozpamiętywania przedkłada teatr przestrzeni społecznej nad teatr przyrody, ja nie widzę specjalnej różnicy.] W pewnej chwili, po prawej stronie, kątem oka, dostrzegam błękitny błysk, śmigającą błyskawicę, czyli pędzącego zimorodka. Z wrażenia moczę wiosło z tej strony, przestaję nim machać, kajak szybko skręca, grozi, że ustawi się w poprzek nurtu, a wtedy łatwo się wywrócić, zza pleców słyszę: „Koniecznie włącz w głowie guzik”. Wyciągam wiosło z wody, ale nie macham, śledzę wzrokiem ptaszka. Jest cały czas jakieś 15 metrów przed kajakiem. Gdy już wydaje się, że zobaczę go z bliska, on nagle podrywa się do lotu, leci kolejne 15 metrów do przodu i siada przy brzegu na wystającej z wody gałęzi. Taka zabawa w kotka i myszkę trwa jakiś czas, w końcu odlatuje tak daleko, że już go nie widzę, że już go nie mogę śledzić. Za to od tego nieoczekiwanego spotkania śledzę wzrokiem brzeg po prawej i po lewej, mając nadzieję, że pojawi się inny zimorodek. I faktycznie, jakieś 4-5 km dalej jest. Znów błękitny błysk śmigający tak szybko, że nie jestem w stanie mu się dokładnie przyjrzeć. Ponieważ zimorodek jest małym ptaszkiem wielkości wróbla, ale jeśli wróbel jest szarym kieliszkiem, to o zimorodku tego powiedzieć się nie da. Jest najbardziej kolorowym i pięknym polskim ptakiem. Jego skrzydła i główka są niebieskie, prawie błękitne, chwilami turkusowe, metalicznie opalizujące. Policzki i podgardle ma białe. Natomiast brzuch ma cynamonowy, czy też raczej rdzawoczerwony, niczym zachodzące słońce. Być może po to, aby małe rybki, które łowi, myślały, że to zachodzące słońce przelatuje nad rzeką, a nie myśliwy, który swoim prostym i mocnym dziobem za chwilę wyłuska je z wody. Obserwując tego drugiego zimorodka, znów się wyłączyłem. Znowu trzeba było przywrócić mnie rzeczywistości zdaniem: „Czas najwyższy byś się już włączył”. Już na brzegu. Stojąc z Darkiem na moście, rozmawiamy o zimorodku, o tym jaki to piękny ptak, o tym, że nazwa jest błędna, bo powinien nazywać się ziemiorodek, czy też ziemorodek, jako że jego nora-gniazdo, które zwykle wykopuje w skarpie nad rzeką, może mieć do metra głębokości, że okres lęgowy trwa od kwietnia do lipca, że poza tym okresem żyje samotnie, że nie odlatuje do ciepłych krajów, dlatego żyje nad rzekami o wartkim nurcie, które nie zamarzają zimą. To wszystko mówi Darek, ja opowiadam o „pochodzie ptaków” z obrazu „Ogród rozkoszy ziemskich” Hieronima Boscha, bo zimorodek jest w nim umieszczony na pierwszym planie ptasiej procesji, dumnie wyprostowany, za nim dudek, wilga, szczygieł i inne ptaki. Ze wszystkich staram się przypomnieć sobie chrześcijańską symbolikę tego ptaka. Nie udaje mi się, obiecuję, że sprawdzę po powrocie i napiszę mu w mailu. Następnego dnia wypływając z Woziwody, obmyśliłem sobie, że dziś cały dzień aż do Wymysłowa będę wypatrywał zimorodków. Pilnie obserwowałem brzegi. I udało się. Przyłapałem jednego na tym, gdy nurkował, niczym japoński pilot kamikadze, w rzece, a potem wyskoczył z niej, jak oparzony i usiadł na pniu. W dziobie miał dość dużą, w porównaniu z nim, rybkę, pewnie ciernika, który się szamotał i starał się wyrwać z silnego uścisku długiego dzioba. Pewnie dlatego, ów zimorodek jakby wypluwając rybkę z dzioba, szybkim gestem uderzył nią o pień. Usłyszałem, albo wydawało mi się, że usłyszałem, płaski dźwięk, potem rybka leżała już spokojnie (martwa? ogłuszona?), ptak sprawnie pochwycił ją w dziób i uleciał ponad skarpę, pewnie do gniazda. Następnego zimorodka przyuważyła A. Siedział na gałęzi, która wystawała nad rzekę. Oboje, jak na komendę, przestaliśmy wiosłować, poruszać się, oddychać. Pozwoliliśmy, aby nurt nas niósł. Udało nam się do niego zbliżyć na jakieś półtora metra. Z racji tego, że siedziałem z przodu, byłem bliżej. Ptak przez pewien czas przyglądał nam się lewym okiem, jakby się zastanawiając, czy jesteśmy dla niego zagrożeniem, czy też może jesteśmy granatowym pniem, który płynie z nurtem. Wybrał pierwsze rozpoznanie. I bardzo, bardzo szybko odleciał. Po tym odwróciłem się do A. i podniecony zacząłem opowiadać o tym jak wyglądał, jakby ona sama go nie widziała. „Może zacznij już w końcu pedałować swoim wiosłem”, usłyszałem, było to dla mnie przysłowiowe wiadro zimnej wody, ale rzeczywiście musiałem zacząć manewrować, bo nurt nas znosił w stronę prawego brzegu, gdzie już czekały jakieś kłody i pniaki, skore pomóc nam w wywrotce. [W tym miejscu mała dygresja dla Darka. Wiesz, gdy wróciłem do domu, to przez kilka dni nie dawało mi spokoju pytanie: Co w symbolice chrześcijańskiej znaczy zimorodek? Musiałem się dowiedzieć. I okazuje się, że jest wielkie pomieszanie z poplątaniem. Ojcowie Kościoła zaanektowali i przerobili na swoje potrzeby grecki mit dotyczący tego ptaka. W starożytnej Grecji wierzono, że księżniczka Alkione, jedna z Plejad i córka króla wiatrów Eola, została zmieniona w zimorodka, aby mogła szukać nad brzegami swego męża i kochanka. Dodatkowo w czasie zimy Morze Egejskie na 40 dni się uspokaja, podobno po to, by wylęg zimorodków mógł przebiegać niczym niezakłócony. I pewnie stąd interpretacja polegająca na tym, że jeśli Bóg opiekuje się małym ptaszkiem, to tym bardziej roztacza opiekę nad ludźmi, którzy znajdują się w niebezpieczeństwie, że nie zostawia ich samych sobie, ale ma na nich baczne oko, oko opatrzności – myślę, że to rozpoznanie nawiązuje do przypowieści opisanej w Ewangelii Matusza 6: 25-34. Czy o to chodziło Boschowi, gdy malował swojego dumnego zimorodka na obrazie „Ogród rozkoszy ziemskich”? Nie wiem. W tym miejscu chciałbym przypomnieć tobie wiersz Miłosz pod tym samym tytułem co obraz, pisze w nim: „Wierzchem na ptakach, czując pod udami miękkie pióra./Na szczygłach, wilgach, zimorodkach,/To znów przynaglając do biegu lwy, jednorożce, leopardy(…)/Okrążamy wszechobecne życiodajne wody(…)”.]
Pusty pociąg
Pociąg pędzi pustym polem. Jestem wewnątrz. Jadę, choć nie wiem dokąd. Siedzę na drewnianej ławce. Jest mi niewygodnie, rozglądam się za czymś miękkim. W koszyku/nosidełku mam jedynie czarnego kota, pewnie Dżejmsa, który nie nadaje się na poduszkę. Nie ma innych podróżnych, bym mógł kogoś poprosić o koc. Jestem sam i teraz mi to przeszkadza. Nie wiem, gdzie jadę, ale mam wrażenie, że jadę przez Azję, daleką rosyjską Azję, coś w rodzaju stepu mknie za oknem. Nie widzę wyraźnie, ponieważ okno jest brudne, czy też zaklejone gazetami, okładkami „Bluszcza”. Skład ciągnie lokomotywa na węgiel. Pociąg przewozi perfumy, pełne skrzynki. Mocno, intensywnie, nieprzyjemnie pachnie we wszystkich przedziałach. Chodzę po całym pociągu, by sprawdzić, czy czasem gdzieś nie pachnie lepiej, mniej uciążliwie. Nie. Wszędzie tak samo cuchnie. To już piąty dzień podróży.
Anons
Uprzejmie donoszę, że w ramach akcji „Wiersz na nowy tydzień”, która od kilku tygodni realizowana jest przez regionalne, poznańskie wydanie „Gazety Wyborczej”, w dniu dzisiejszym na ostatniej, dwunastej stronie ukazał się mój wiersz „Zimne kłamstwa”. Jeśli komuś nie udało się mnie kupić, to nic nie stracił, ponieważ poniżej podaję go w poprawnym łamaniu, gdyż w druku, pewnie przez przypadek, ociupinę się ono rozjechało.
Zimne kłamstwa
Uwolniłem się od namacalnej, brudzącej kasy.
Nadal są ciśnienia, ale innego typu.
Dzień bez ciśnień to dzień stracony.
W domu jak w Rumunii,
dwa pokoje
dwie osoby po nocce.
Mówią, że popierają błędy.
W błędach jest o wiele więcej seksu
niż gdzie indziej.
Ciężko się z nimi zgodzić, dlatego
wychodzę. Dawniej lubiłem pogrzeby,
teraz mniej chętnie chodzę. Robię
inne rzeczy.
Myślę o tym, że przejścia nie ma,
wprawdzie jest pobocze i ścieżka rowerowa,
jednak przejścia nie ma.
Nie jestem pewien czego szukam.
Wylatuje ze mnie dym.
Dwaj panowie w krawatach,
przyjezdni z Warszawy,
to nie są moi ulubieńcy,
choć z nimi rozmawiam,
choć do nich się uśmiecham.
- – -
Dotychczas w akcji „Wiersz…” ukazały się teksty: Marty Grundwald, Joanny Roszak, Szczepana Kopyta, Adama Kaczanowskiego, ale to nie koniec, proponuję śledzić stronę www lub kupować co poniedziałek „Gazetę”.
Salon EMPiK, ul. Franciszka Ratajczaka 44, Poznań, dwa tyg. temu
Nie jestem wielkim znawcą twórczości Stanisława Lema. Nie jestem małym znawcą twórczości Stanisława Lema. Wstyd się przyznać, ale poza książkami typu „lektura szkolna” nigdy nie przeczytałem nic innego tego śp. Autora. Jednakże mimo tego mam wrażenie, że ktoś układając książki dobitnie pomylił regały.

[Stanisław Lem, „Studium wojskowe dla felczerów prowadzić”]
Miałem ostatnio taki sen. Śniłem, że jestem w wojsku. Byłem przekonany, że jestem w wojsku. Byłem młody i byłem w wojsku. Właśnie kończył mi się turnus i miałem wyjść do domu. A tu nagle mi mówią, że ponieważ skończyłem medycynę, to mam zostać jeszcze sześć tygodni, żeby szkolić jakichś felczerów. Tak się tym okropnie zmartwiłem i zirytowałem, że się obudziłem.
{notował Bogdan Zalewski, w: „Studium” nr 4(24) 2000, str. 146.}
[Joanna Herman, „Sen z Sosnami”, by @, przesłano dnia: 18 czerwca 2009 20:57.]
„Śniło mi się, że Andrzej Sosnowski kłócił się z Darkiem Sośnickim o to, który z nich ma większe prawo do noszenia przydomku Sosna.”
Czy teksty piosenek są poezją?
Jeśli miałbym odpowiedzieć jednym, prostym słowem na zdane w tytule pytanie, to brzmiałoby ono: „Tak!”. Tak, są poezją. Jednakże nie zawsze teksty piosenek są wierszami. Wiersz rządzi się swymi specyficznymi (niekoniecznie specjalnymi, bo w takim wypadku poeta ociera się o system troskliwiej opieki społecznej) prawami, które nie są do spełnienia w piosence. Nie wszystkie prawa i zasady da się spełnić, zrealizować w tekście piosenki. Dlaczego? Ponieważ piosenka musi być komunikatywna i zrozumiała na ‘pierwsze ucho’, przy pierwszym, czy też drugim słuchaniu. I to jest główna i zasadnicza różnica, gdyż wiersz nie zawsze musi być zrozumiały, jasny i przejrzysty. Jeśli miałbym przywołać autora/tekściarza, którego teksty są poezją, to od razu przychodzi mi do głowy niejaka Ursula Rucker. Chociaż to nie jest dobry przykład, gdyż ona po prostu jest amerykańską poetką…
{cały tekst dostępny na stronie http://niedoczytania.pl}
{dodatkowo informuję, że opowiadanie „Trzech mężczyzn” dostępne na stronie Ojca}
Pchli targ

Dwa fragmenty
Nikt sobie nic nie przypomniał.
Kieszonkowe zegarki na straganach, stare widelce i noże,
nic niewarte ramy, szkło i żelastwo…
wszystkie te graty, on wie.
Jak się widzieć w większych okularach
albo chociaż w lusterkach – lusterkach powiedz,
kto w tej krainie
kupił wszystkie łyżeczki do herbaty i do kawy.
Dlatego najpiękniejsze rzeczy
ze świata i bliskich okolic
wyniosę raczej na śmieci niż na pchli targ.
Stamtąd może je ktoś weźmie (…)
Niestabilna jest moja kondycja.
[Primož Čučnik, „Dwa fragmenty” (fragm.), {w:} „Praca i dom”, przeł. Maciej Olszewski & Adam Wiedemann, seria: Europejski Poeta Wolności, Wydawnictwo słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2009, str. 4.]
Oświadczenie
Pragnę zdementować niecne i krzywdzące dla wszystkich pogłoski, które kilka dni temu dotarły do mnie pocztą pantoflową. Nie wiem kto jest odpowiedzialny za rozpowszechnianie ich i nie mam zamiaru wynajmować prywatnego detektywa z biura „SEIP”, by się tego dowiedzieć. Nie ma to dla mnie większego znaczenia. (Chociaż, jeśli ktoś życzliwy chciałby mi o tym donieść, oczywiście z zachowaniem pełnej dyskrecji, to będę wdzięczny i zobowiązany. Moja wdzięczność może, ale nie musi, przełożyć się na rozbudowę domowego księgozbioru.) Zastanawiam się tylko nad tym, co i ile ktoś może zyskać, przekazując różnym osobom informację, jakoby Dżejms był już na ostatnich nogach. Głoszenie tej nieprawdziwej informacji, jest jawnym naruszeniem integralności Czarnego Pana. Prawda, w maju skończył 39 lat, ale jego czas odejścia do krainy wiecznych łowów jeszcze nie nadszedł. I z pełną stanowczością mogę powiedzieć: jeszcze długo nie nadejdzie. Poświadczam to – ja – trzeźwy, właśnie teraz, na ciele i umyśle. Prawda jest taka, że wcale nie pochyla się nad grobem, że nie ma nawet jednego siwego włosa, nadal jest czarny jak piekło, wciąż dominuje i podporządkowuje sobie innych. Nadal nie lubi gości, już przy drzwiach rzuca się na wszystkich, z zamiarem odesłania ich do swego podziemnego królestwa. On jest. Jest wciąż i wciąż. On jest panem i władcą. Co prawda ostatnimi czasy miewa chwile słabości, gdy przychodzi i wskakuje na kolana, chce by go głaskać, łasi się i mruczy. Jednakże te chwile słabości nie zdarzają się za często i nie trwają za długo. Zresztą, kto z nas ich nie ma?

[Tomasz Szewczyk, „020507, Menażeria Disneya”, przesłano by @]
„Dochodzimy do uzdrowiska na przełęczy. Dwa budynki za czerwoną siatką. W dole widać pętlę tramwajową, komin, kawałek miasta, wszystko pięknie zachmurzone. Z prawej, parę kilometrów dalej, nagi, kamienny nawis nad drugim szlakiem. No to możemy sobie chwalić, mówi ktoś, wybraliśmy lepszy, więcej stąd widać. Przechodzimy przez opustoszały plac, budynki są szare, monolityczne. Wychodzimy z tyłu na małe jezioro, otoczone przez skały. Ktoś obok sprzedaje z niego wodę: drewniany kramik, butle szklane, plastikowe, szeroki asortyment. Można wziąć też prysznic w kabinie między skałami; facet skacze, mizdrzy się, zachęca. Próbujemy po kolei. Woda jest chłodna i szklista. Zaraz po tym staję na kamieniu, tak, żeby wszyscy widzieli. Zdejmuję ubranie i daję dyla do jeziorka. Woda w nim jest jednak dużo bardziej zimna, gęsta, całkiem zielona. Zapadam się. W płucach dziwna miękkość. Chciałem powiedzieć wszystkim, że zrobiłem to z miłości, ale nie było już jak.
Z jeziora, widzianego w pięknej, szerokiej panoramie, wynurza się łuskowaty potwór i zaczyna terroryzować pacjentów uzdrowiska. Grupka przypadkowych turystów stawia mu dzielnie opór, chowa się po pokojach, jeździ windami, używa siekier i gaśnic. Wcześniej czytałem bardzo entuzjastyczne recenzje, rzeczywiście, pierwsza połowa filmu jest absolutnie nudna. Ziewamy, czekamy. Wokół ludzie z popcornem, film zdaje się ich bawić, straszyć, wszystko jak należy. W końcu potwór daje nura w jeziorko, turyści są horrendalnie zmęczeni, wymieniają numery, adresy z pacjentami, wracają do miasta. Dwójka z nich idzie do kina. Siadają w trzecim rzędzie, chłopak i dziewczyna, oglądają film o potworze z jeziorka i dzielnych turystach. Od tego momentu kadr jest statyczny; widzimy parę od przodu, wokół ciemność, fotele, pojedynczy widzowie, widzimy światło ekranu, odbijające się blado w ich twarzach. Nic się nie dzieje. Mijają minuty. Ktoś z naszej widowni zaczyna gwizdać. Byłem na to przygotowany, czytałem w końcu te recenzje, pisano o tym; gdyby pierwsza połowa filmu była ciut lepsza, pewnie bardziej by mi się podobała druga, recenzenci jak zwykle przesadzili. Ktoś wstaje, trzaska oparcie w fotelu, wstają następni, gwizdy, pokrzykiwania, ludzie wychodzą. Obsłudze kina też to wszystko nie w smak, słychać głosy w kabinie projekcyjnej, zapalają się światła. Siedzimy. Film leci dalej. Gośka chce już iść, przytrzymuję ją, w końcu zapłaciliśmy, no i na sam koniec ma być ponoć coś ciekawego. Wychodzą ostatni widzowie. Zostajemy zupełnie sami. Wszechobecne światło mierzi, zaczynamy się krępować. Na ekranie dalej to samo. No dobra, mówię. Zbieramy się. Gośka ciągnie mnie za rękaw do wyjścia, ja się ociągam, przystaję, patrzę w ekran, sekundkę, mówię. Para w kinowych fotelach znika, zmiana tła, wielkie, wystawne sale, kandelabry, marmurowe schody, kamera rusza w tył, przed kamerą kroczy najlepszy rysownik Walta Disneya, starszy, siwy pan w jasnym garniturze. Opowiada coś, strzela różdżką w lewo, prawo, gwiazdki, wyczarowuje jelonka Bambi, siedmiu krasnoludków, Alladyna, kaczora Donalda. Cała menażeria bryka po tapetach, wbiega przed rysownika, podkłada mu nogi czy co tam ma, wskakuje na ramiona, zasłania oczy. Rysownik się otrząsa, otrzepuje z nich raz po raz, kontynuuje wędrówkę, kontynuuje opowieść, uśmiechając się bez przerwy i wywijając różdżką. Kiedy nieopatrznie wyczarowuje Bugsa i Duffy’ego, ci odchodzą od całej menażerii i szepcą do siebie na stronie. Po krótkiej naradzie odwracają się do rysownika. Naśladując żołnierski krok, stają przed nim z grobowymi minami. Rysownik nie traci rezonu i wali w nich parasolem. Z rozpłaszczonego na ścianie Bugsa cieknie jucha.”
{i przy okazji informuję, że na niedoczytania.pl pojawił się oniryczny zestaw z Julią Hartwig}
Zapalniczka Zippo
Miejsce Japonek jest w Japonii. To oczywiste. To bezdyskusyjne. Dlatego dziewczyna Łukasza wczoraj odleciała do kraju kwitnącej wiśni samolotem linii KLM Royal Dutch Airlines. Wylatywała do Osaki z Okęcia. Do Warszawy jechała pociągiem. Piękny Lolo nie próbował jej zatrzymać. Myślę, że bardzo cierpiał, bo nie mógł z nią zaznać rozkoszy miłości oralnej. Nawet na dworzec jej nie odprowadził. Sama musiała dźwigać swoje bagaże. Szansę na prawdziwe szczęście przy boku Łukasza wykorzystała Jola, która, gdy tylko rozeszła się po firmie pogłoska o wylocie Tsujiko, podeszła do niego i przy wszystkich bez skrępowania oświadczyła: „Kocham cię. Kocham cię. Od zawsze cię kocham, całe dwadzieścia lat na ciebie czekałam. Rozumiesz? Więcej nie chcę czekać. Będę ci wierna, zobaczysz, i będę robić tobie te wszystkie rzeczy, których nie robiło to skośnookie dziwadło. Bądź ze mną, proszę.” Dobrze, odpowiedział Łukasz. Potem przytulili się, pocałowali i każde z nich wróciło do swoich firmowych zadań. Piękny Lolo do czyszczenia tokarek, a Jola do wystawiania faktur. Jola była młodą i zdrową dziewczyną. Najzupełniej normalną. Miała usta, zęby i język. Dla Pięknego Lola musiała, to być wielka odmiana. Przez cały tydzień chodził jak zaczarowany z podkrążonymi oczami. Był taki szczęśliwy. Trochę mu zazdrościłem. W piątek wieczorem podszedł do mnie i powiedział: „Wiesz, życzę ci, by ktoś ciebie tak kochał jak ona mnie. Tak mocno i prawdziwie.” Dziękuję, odpowiedziałem. Co innego miałem odpowiedzieć? Nowa dziewczyna Łukasza paliła papierosy. A on nigdy nie palił, bo był biegaczem. Paliła dużo, jak sama mówiła, do trzech paczek dziennie, ale tylko cienkie i miętowe. Łukasz bardzo ją kochał i dlatego nie miał nic przeciwko temu, by paliła nadal, nie kazał jej rzucić. By pokazać, że akceptuje ją właśnie taką – wciąż i wciąż z papierosem w dłoni, kupił jej benzynową zapalniczkę (z wieczystą gwarancją) firmy Zippo. Kupił w internetowym sklepie Efco.pl. Kazał wygrawerować na niej napis piękną, gotycką czcionką: „Mojemu kochanie, by się zawsze na mnie paliła”.
Miesiąc później, okazało się, że Jola nie kocha już Łukasza, że kocha kogoś innego. Kocha tak mocno, że nie może dłużej spotykać się z Pięknym Lolem. Na znak ostatecznego rozstania, Łukasz chciał od niej odebrać darowaną zapalniczkę Zippo. Ona nie chciała oddać, mówiąc, że jest wieczną pamiątką po pięknych chwilach. Jednak Łukasz się upierał. Ona obstawała przy swoim. Nie mogli dojść do porozumienia. Zaczęli na siebie krzyczeć. Ostatecznie Łukasz powiedział „To spierdalaj suko” i wyszedł z biura trzaskając drzwiami. Jola wyszła za nim, poszła na dwór, zapalić, tak się zdenerwowała. Oczywiście przypalała papierosa zapalniczką Zippo. Piękny Lolo, który skrył się za rogiem budynku, tylko na to czekał. Podbiegł do niej i chciał wyrwać swoją zapalniczkę Zippo z jej dłoni. Ona trzymała mocno, trochę się szarpali. Kopnęła go w jądra, bolało, skulił się. Wyprostował się po chwili i uderzył pięścią w twarz. Jolę oszołomił cios, przewróciła się na plecy jak długa, na szczęście upadła na trawę obok pomarańczowego kosza na śmieci z logiem Vox. Usiadł na niej okrakiem, na biodrach. Bił tak długo pięściami po twarzy, aż zaczęła pluć krwią i zębami. Zapalniczka Zippo wypadła z dłoni Joli przy upadku, leżała jakiś metr do nich. On tego nie zauważył. Wstał z niej zmęczony, ze spoconą twarzą i mokrymi włosami. „Mogłaś mi ją oddać, należy do mnie, tak jak ty kiedyś”, wycedził szeptem przez zaciśnięte zęby. Czekała na chwilę, gdy tylko będzie wolna od jego ciężaru. Sprawnie chwyciła zapalniczkę w obie dłonie i skuliła się. Wtedy ją kopnął. Coś nieprzyjemnie gruchnęło. Wzdrygnął się, chyba zawahał. „Jest moja. Dałeś mi. Nie oddam”, wymamrotała Jola, wyraźnie sepleniąc. Wtedy kopnął ją drugi raz i trzeci. Nie przestawał jej kopać, sapał i zipał, taki był zmęczony. Następnego dnia Jola nie przyszła do pracy i nikt nie wiedział dlaczego.
[To i inne 6 opowiadań można przeczytać na stronie: http://neurokultura.pl ; się polecam.]
Ciało
Młodość była jednak piękniejsza niż wspomnienie po niej.
(…)
Człowiek jest w dziwny sposób spóźniony wobec własnego ciała. Ciągle musi je dźwigać, ma z nim mnóstwo kłopotów i trudności, a jednocześnie nie potrafi sobie siebie bez niego wyobrazić. Myślę teraz nie o tamtym świecie, którego nie znam, a więc nie obchodzi mnie, lecz o tym świecie, który znam i w którego wymiarach muszę się ciągle troszczyć o tę kapryśną, łatwo psującą się materię, o ciało. I wiem jednocześnie, że to wszystko jest może po prostu tylko złym przyzwyczajeniem, tępym i przestarzałym, upartą tradycją. Mam niezachwiane poczucie, że jestem już o wiele dalej niż moje ciało, a jeszcze ciągle muszę mieć wzgląd na tego niewdzięcznego i wymagającego towarzysza podróży, nie mogę się odeń uwolnić, muszę go karmić i pielęgnować, choć w końcu zwróci się przeciw mnie, zniszczy mnie, moją osobowość, niewdzięcznie i brutalnie. Najwyższy czas, by ktoś energiczny wysłał go na emeryturę, zwiesił gdzieś w rekwizytorni pomiędzy inne, odwiedzane już tylko przez mole formy bytu.”
[Sándor Márai, „Dziennik (fragmenty)”, przeł., oprac., przyp. i posłowie Teresa Worowska, wyd. IV, Spółdzielnia Wydawnicza CZYTELNIK, Warszawa 2008, str. 86-87.]
Porządki
Rano jakobe m. przysłał info, że moje oniryczne opowiadanie „Tu Luiu bekniesz” wisi już na stronie „Z ojcem”. Pomyślałem, że wypada coś z tą wiedzą zrobić, jakoś ją spożytkować, aby się zaprezentować, pochwalić i wystawić. Całe dopołudnie zbierałem informacje o tym co, gdzie i kiedy wykręciłem. Zebrałem – chyba – wszystkie numery z sieci, które wywinąłem. I pięknie je wyedytowałem i wstawiłem na podstronę „End”, czyli „o mnie”. Przy okazji znalazłem „Odmalowane historie” [str. 43-51], czyli wiersze, które pisałem latem 2002 roku wespół z Edwardem Pasewiczem. Był to projekt, polegający na poetyckim komentarzu „Książeczki do malowania” Marcina Sendeckiego. Pamiętam, że dobrze się bawiliśmy pisząc te teksty. Był deszczowy sierpień. Mieszkaliśmy wtedy razem na Dolnej Wildzie. Konrad się już wyprowadził, Machnicka właśnie się wprowadzała. Prawie codziennie po robocie szliśmy na jeden, dwa browary do knajpy „Dedo”, wracając wymyślaliśmy te wiersze. W domu Ed robił kanapki, a ja spisywałem to, co wymyśliliśmy po drodze. Po kolacji Ed kładł się na łóżku, a ja siedząc na fotelu przy ołtarzyku Dalajlamy, głośno czytałem bieżącą produkcję. Wprowadzaliśmy jakieś zmiany i zostawialiśmy do weekendu, wtedy raz jeszcze wszystko sczytywaliśmy i po dwóch tygodniach cały tekst był gotowy. „Odmalowane historie” chcieliśmy wydać w formie książeczki. Próbowaliśmy dogadać się z „Undergruntem”, potem „Ha!Artem”, ale nic z tego nie wyszło. Tekst ukazał się w grudniu 2002 w drugim numerze świętej pamięci „Dwukropka”.
Paradoks
Nie sądzę, żeby aż tak ważne było to, jak wygląda proces uwidaczniania się talentów. Kikyo zachęca uczennice, by się rozwijały i szły do przodu, lecz czyż nie jest to, paradoksalnie, przynaglaniem śmierci poprzez jej ignorowanie?”
[Yoko Tawada, „Fruwająca dusza”, przeł. Barbara Słomka, Wydawnictwo KARAKTER, Kraków 2009, str. 44.]
Dwie książki Eco [fragm.]
(…) Wrócił do domu po miesiącu. Wszedł do pokoju, który dzielił z siostrą. Dzielił dosłownie, w poprzek stała meblościanka, która rozdzielała pokój na dwie nierówne części. Do niego należała ta z oknem, a do siostry ta z drzwiami. Był zmęczony. Zwalił się do łóżka w ubraniu. Nim zasunął, zauważył jeszcze, że na półce brakuje dwóch książek Umberto Eco. Następnego dnia przeszukał pokój, bo pomyślał, że może siostra się nawróciła i zaczęła czytać, jednak nigdzie nie znalazł „Imienia róży” ani „Wahadła Foucaulta”. A przecież były to bardzo charakterystyczne książki. Grube, w twardej czarnej oprawie. Wyglądały trochę jak Biblia babci Marii. Zapytał matkę, co się stało z jego książkami. Musisz pogadać z ojcem – odpowiedziała mu. A co on ma z tym wspólnego?, dopytywał, Przecież ojciec nie czyta nic poza „Przewodnikiem krzyżówkowicza”. Sam musisz z nim porozmawiać, autorytarnie stwierdziła matka. Czekał na ojca przed blokiem do wieczora. Jak tylko go spostrzegł, wychodzącego zza rogu, podbiegł do niego i zapytał: Gdzie są moje książki? Spaliłem – odpowiedział ojciec zmęczonym głosem. Jak to spaliłeś?, dopytywał. Normalnie. Wrzuciłem do pieca, podlałem rozpuszczalnikiem i podpaliłem, odpowiedział. Ojciec się nawet nie zatrzymał. Nie spojrzał na niego. Szedł dalej, zaczynał właśnie wchodzić po schodach do domu. Złapał go za ramię i odwrócił do siebie. Dlaczego je kurwa spaliłeś!? To były moje ksiązki! Sam je sobie kupiłem, za swoje pieniądze!, krzyczał do niego. W odpowiedzi usłyszał: Przez nie do domu wszedł Szatan. Zrozum, musiałem je spalić – spokojnie odpowiedział ojciec. Co? – zapytał zbity z tropu. Nie chce mi się teraz gadać. Muszę coś zjeść i się przespać. – Jak to nie chce ci się gadać? Spaliłeś moje dwie książki! Ojciec odpowiedział: Synu, a jak by tobie cały dzień pot w pracy ciekł po jajach, to potem chciałoby ci się gadać? Dał spokój. Pozwolił mu iść do domu. A sam poszedł nad staw. Nic z tego nie rozumiał. Jaki Szatan? Co za Szatan? Co on ma wspólnego z książkami Eco. Chciał się utopić w bagnie, ale było za płytkie. Wciągnęło go jedynie po kolana. Kiedyś, jak był małym chłopcem, myślał, że bagno jest bardzo głębokie. Chłopaki zza torów gadali, że krowy Kalinowskiego się w nim topiły. Teraz już wiedział, że to nie była prawda, że jedynie szydziły z jego łatwowierności. Ojciec czekał na niego w kuchni. – Siadaj – powiedział, nie zwracając uwagi na jego brudne spodnie i buty. – Tydzień po twoim wyjeździe na egzaminy i kolonie, zacząłem strasznie pić. Wpadłem w ciąg. Nie potrafiłem przestać. Matka nie mogła tego wytrzymać. Wzięła ze sobą twoją siostrę i przeniosła się do babci. Babcia, oczywiście jak zawsze, zaczęła ją nawracać. Czytała jej fragmenty Pisma Świętego. Opowiadała o Raju i Armagedonie. Zresztą sam wiesz, jak to wygląda. Wysłały do mnie dwóch Starszych ze zboru w Orzeszu, którzy przyszli wcześnie rano. Teraz myślę, że tak to sobie zaplanowali, bym był choć trochę trzeźwy. Pół dnia z nimi rozmawiałem. Znaczy się oni odpowiadali na moje wszystkie pytania. Mówili tak sensownie, że aż mi się ciepło robiło na sercu. Zapomniałem o tym, by się napić. Zacząłem płakać. Przepraszać. Mówiłem, że nie byłem sobą. I wtedy oni bardzo się zainteresowali. Zaczęli mnie wypytywać o to, co czułem i jak. W końcu powiedzieli, że zostałem opętany. Widzą, że jestem dobrym człowiekiem, dlatego moje opętanie musiało mieć źródło zewnętrzne. Przeszukali cały dom. Znaleźli te twoje dwie ksiązki. Obejrzeli dokładnie okładki. Przeczytali kilka stron i powiedzieli, że zostały podyktowane przez Szatana i że trzeba je spalić, by Zły z nich już więcej nie wychodził. Zatkało go całkiem. Nie wiedział, co odpowiedzieć ojcu, ale ten przyszedł mu z pomocą. – Robię sobie herbaty, chcesz też?
- – -
[się chwalę, się polecam: całe opowiadanie oraz 5 innych można przeczytać w najnowszym – czternastym – numerze sopockiego magazynu holograficzno-literackim „Korespondencja z Ojcem”]
[opowiadania pochodzą z niewydanego zbioru opowiadań „Wycieczka do Hajfy”; zbiór ten pewnie się nigdy nie ukaże, gdyż żadne z wydawnictw, do których go słałem, nie wykazało chęci wydania go; dlatego jeśli ktoś jest zainteresowany przeczytaniem całości, to proszę zostawić informację w komentarzu, a prześlę maszynopis; bez odbioru]
Delfin
Gosia idzie przodem, my za nią, prowadzi nas na jacht. Z pomostu, który stoi na betonowych słupach, więc jest stały, przeskakujemy na chyboczącą się łódkę. Czuję się niepewnie, boję się, że wpadnę do wody. Patrzę w dół, chyba nie jest głęboko, gdyż widzę dno, Widzę dno, mówię. Na co Gosia odpowiada, To złudne, woda jest tu pierwszej klasy czystości. Ania łapie mnie pod ramię, abym nie upadł. Gosia wydaje komendy jak prawdziwy kapitan statku. Niewiele rozumiem, gdyż używa takich słów jak „fok”, „sterburta”, „grot”, „pawęż”, „bulaj”, „lewy hals”, „prawy hals”, „kokpit”. Ech, tak mało człowiek słów zna. Staram się wykonywać, to co nakazuje, ale raczej na podstawie gestykulacji, wiem co robić. Później: Leże w płytkiej kałuży nad brzegiem oceanu. Słyszę szum fal, jest banalnie miło. Piasek jest żółty jak złoto. Woda w kałuży jest bardzo ciepła, wręcz gorąca. Całe ciało mam w niej zanurzone, ponad lustro wystaje mi tyle część twarzy. Słońce świeci mocno, mam zamknięte oczy. Tak trwa to jakiś czas, gdy otwieram oczy, widzę stojącego nade mną delfina. Stoi na tylniej płetwie, jakby stał na nogach. Płetwami grzbietowymi podpiera się pod boki á la krakowiaczek-ci-ja. Wygląda zabawnie i dobrodusznie, więc się do niego uśmiecham, Mogę ci jakoś pomóc, pytam.