Hajfa

[niecodziennik]

Piekło w Singapurze [fragm.]

Za szklanymi drzwiami hostelu otwiera się piekło. Nie dość, że upał, zresztą jak codziennie tutaj, wypada się w końcu przyzwyczaić, to jeszcze słońce. Palące słońce, prosto z góry, prosto z nieba nad głową, słońce prawie w zenicie. Nigdy przedtem nie widziałem tak wysoko wiszącego słońca. Chwilami mam wrażenie, jeśli spadnie na ziemię, to prosto na moją głowę. Plan na dzisiejszy dzień – jak dla mnie – prosty: chodzić/spacerować/odwiedzać. Co prawda, duże jest to miasto (nawet bardzo, jak się potem okazało), ale gdy się spaceruje bez konkretnego celu, to jest szansa na mimowolne natknięcie się (dosłownie: wejście na) na te wszystkie obiekty, które są w Singapurze warte zobaczenia. Jednak jedynie ja tak myślałem, wizja pozostałych przedstawiała się tak: iść w konkretnym celu, aby zobaczyć taką to a taką świątynię, o której w „Przewodniku Pascal’a” ktoś napisał, że warto, że koniecznie, że typowa: jedna buddyjska, inna hinduska, inna muzułmańska, i t d. Chcieli poruszać się po sznurku, od-do. Tak się stało, problem pojawił się w chwili, gdy przewodnik „Pascal’a” przestał mówić gdzie dalej, a upał stawał się z minuty na minutę coraz mocniejszy i upierdliwy. Siadałem, jak pozostali, co chwile na jakiś schodach, na chodniku, pod murem, na przystanku – byle w cieniu. Nie ma większego sensu opisywać tego, jak wyglądają konkretne świątynie, czym się różni chińska od buddyjskiej. Zresztą nie potrafiłbym, są różne i takie same. Różne, ponieważ są różnych wyznań. Takie same, ponieważ wszystkie zlewają się ze sobą. Co jak co, ale dużo w nich duszącego dymu kadzidełek i kłaniających się tam i siam wiernych, wykonujących niezrozumiałe gesty i znaki, składających takie czy inne ofiary (mleko w kartoniku, przegniłe banany i pomarańcze, papierowe pieniądze, paczki papierosów, kawę i wodę w plastikowych butelkach, dużo wody). Mimo to w pamięć wryło mi się kilka świątyń, chcę wspomnieć od dwóch:

Meczet Abdul Gaffoor znajdujący się w dzielnicy Little India, do wnętrza którego można wejść. W „Przewodniku Pascal’a” jest napisane: „(…)główna sala modłów jest niedostępna dla wyznawców innych religii”, mimo to lekko zaniepokojony wszedłem po kilku schodkach i usiadłem wśród modlących się muzułmanów. Zaniepokojony, bo jak mnie ktoś wyprosi to co, a jak będzie niemiły, ale wręcz przeciwnie, pewien mężczyzna otwartym gestem prawej ręki zaprosił mnie do środka. Czułem się dziwnie między tymi mężczyznami, usiadłem przy kolumnie, starając się nie zwracać na siebie uwagi, a oni się rytmicznie pochylali do przodu i do tyłu, szeptali/śpiewali sury, a ja  się przysłuchiwałem. Nie wiem, czy dlatego, że byłem wyczerpany upałem i do tego siedziałem, ale nagle zrobiło mi się jakoś tak dobrze, spłynął na mnie spokój, zniknęło zmęczenie, złość na upał. Nie można tego powiedzieć o pozostałych, musieli podejść, by powiedzieć: „Czas już iść. Zbieraj się”. Nie chciałem się stamtąd ruszać, ta zieleń, ta prostota, ci modlący się mężczyźni, było w tym coś prawie mistycznego, a jeśli nie mistycznego, to bardzo religijnego i ta religijność była wyraźna, namacalna. Ci mężczyźni modlący się obok, oni nie przyszli tu odklepać swoich modlitw (zresztą nie był to czas „oficjalnych” modlitw), oni przyszli się pomodlić, przyszli w konkretnym celu, co prawda byli też tacy, co przyszli się zdrzemnąć, kilku leżało z boku, w podcieniach i drzemało w cieniu, cicho pochrapując.

Idąc przez dzielnicę kolonialną (tzw. Historic District) prawie nie zauważam nieczynnego kościoła ormiańskiego pod wezwaniem św. Grzegorza. Kościół jest nieczynny, ponieważ nie ma już w Singapurze wierzących Ormian. A kiedyś w latach ‘60-’70 XIX-wieku była to bardzo liczna i prężna społeczność. Budynek kościoła stoi na środku działki, ogrodzonej niskim murkiem, wokół bryły budynku wiedzie droga krzyżowa. Postacie drogi krzyżowej naturalnej wielkości odtwarzają ewangeliczne sceny, a to Chrystus stoi przed Piłatem, a to Piłat umywa ręce, a to Chrystus upada pod krzyżem, w tym upale każdy by upadł. Na tym zielony, zadbanym, przystrzyżonym trawniku, porozstawiane wśród palm rzeźby, wyglądały strasznie, wyraźnie nie na miejscu. Od dwóch dni chińczycy wszędzie na ulicach pala jakieś kartki. Podobno jest święto, nie mam pojęcia jakie, wypada zapytać Kubę, on będzie wiedział. Obrządki polegają na tym, że w wielkich metalowych puszkach pali się rożne kartki, które symbolizują wszystko to, co jest potrzebne do osiągnięcia szczęścia, czyli pieniądze, jedzenie i inne takie. Wszędzie fruwają duże płaty popiołu, dym jest duszący, nie wiem dlaczego, ale chińczycy upodobali sobie porę, gdy najmocniej świeci słońce. Popiół fruwający w ostrym słońcu, przywodzi na myśl piekielne obrazy.

Meczet Abdul Gaffoor w Singapurze

Filed under: Wycieczki , , , , , ,

Pomocny, pomocny niczym Abraham

Patrzę przez okno. Taki powolny obrazek: przed „Smakownią” parkuje mały samochód, wysiadają z niego dwie długonogie dziewczyny, które tak wzruszyły mężczyznę, stojącego pod srebrną markizą „Gobszo”, że do czasu, gdy nie znikną w bramie „Gołębnika”, zapomina żuć gumę, którą ma w ustach. Pewnie zaschło mu w gardle. Ślina zakrzepła pod językiem. Może powinienem przyjść mu z pomocą i zejść na dół ze szklanką wody?

Filed under: Opowiadania, Porażki , , , , , ,

To było we wrześniu

Dziś premiera „Nieludzkiej komedii” Jurka Franczaka. Pierwszy dzień na wystawce w Empiku, niczym pierwszy dzień w szkole. Książka wstydliwie szczerzy się do mnie, została upchnięta między Saramago a Brownem w dziale Polecamy! Kartkuję [„Niestety, nie ma poważnych pokus, ani z zaświatów, ani z tego świat; nie ma żadnych objawień, w których istność ziszcza się na amen – jest tylko milczenie.”], choć dobrze wiem, że dziś jej nie kupię. Nie kupuję książek w Empiku. W prawej kieszeni spodni wibruje telefon, wychodzę na zewnątrz, by przeczytać wiadomość. Justyna przysłała esemesa: „Jesienią się nie tańczy, albowiem jesień to żałoba i żal”. Stoję pod rozłożystym platanem na placu Wolności. Deszcz padał. Padał przed chwilą, gdy byłem wewnątrz. Palę papierosa. Z gałęzi spadają pojedyncze krople prosto na papierosa, mocząc go i uniemożliwiając dalsze palenie. Wyciągam następnego, ale jego żywot jest równie krótki. Muszę wybrać – albo stanę pięć metrów dalej, tam pod daszkiem, albo zrezygnuję z palenia. Na szczęście nie muszę sam o tym decydować, dwóch przerośniętych gimnazjalistów uwalnia mnie od prawie pełnej paczki. Oddałem im ją ochoczo. Może to pierwszy krok, by rozstać się z nałogiem? Czarno wszędzie. Żałobna czerń dominuje. Wszystkie kobiety mają paznokcie pomalowane czarnym lakierem. Ta, która stoi w pobliżu, czarnym paznokciem palca wskazującego prawej ręki, stuka w szybę, by wywołać na zewnątrz tymczasową miłość swojego życia. Czarne czapki, czarne berety, czarne płaszcze, czarne rękawiczki. Czarno widzę. Czarne sukienki powiewają na wietrze. Czarne szale ciągnięte są po chodnikach. Wszyscy mają farbowane, czarne włosy. Wsiadam do tramwaju, który zawiezie mnie na Ogrody. Stojąc na przednim pomoście, nie stąd ni zowąd, przypomina mi się twarz matki, nie matka, sama twarz jedynie, która śniła mi przez całą noc. Na głowie nie miała włosów. Nie miała także rzęs. Nie miała brwi. Chciała coś powiedzieć, ale nie poruszyła ustami, jej głos usłyszałem w głowie. „Synku, jestem pusta w środku. Rozumiesz, synku? Pusta!” Nie rozumiałem, bo nie chciałem rozumieć. Z odrętwienia wyrwał mnie kolejny esemes od Justyny: „Pamiętaj, szlagiery zimują w zielniku”.

Filed under: Porażki , , , , , ,

Wypełniając psi obowiązek

(…) Wielokrotnie zadawałem sobie pytania: Po co czytam? Dlaczego czytam? Na czym polega dziś sens czytania? Czy czasem czytanie nie jest ucieczką od świata? Może czytam tylko dlatego, żeby zapomnieć o prozie życia? Dlaczego mówię „proza życia”, przywołując i powołując się na czytelnicze słownictwo? Ponieważ czytanie, samo w sobie, nie przynosi pocieszenia, samo także nie jest pocieszeniem. W słowach zawartych w powieściach (dotyczy to również wierszy) nie ma pocieszenia, radości i pomocy. Nikt – ani autor, ani bohater, ani postać nie wyciąga pomocnej dłoni, by podtrzymać ciało lub ducha. Może czasem, zza liter, widać przecinający powietrze nieśmiały uśmiech, ale nie jest to uśmiech, który może znacząco podnieść na duchu. W skrócie można powiedzieć: czytanie jest odkrywaniem i poznawaniem ran. Ran raz zadanych, które goić się nie chcą, które goić się nie powinny. Przypomina mi się fragment z książki „Siostrzyczka Ewa od kartuzów” Pierre’a Péju: (…) nigdy nie szukał w literaturze ukojenia ani w lekturze – pocieszenia. Wręcz przeciwnie. Żarliwe czytanie, a tak czytał zawsze, polegało raczej na odkrywaniu ran u innych ludzi: urazów samotnego mężczyzny, niepokoju samotnej kobiety. Istotą czytania było zagłębianie się w tę ranę, sondowanie jej. Spoza zdań, nawet tych najpiękniejszych i najzręczniej ułożonych, zawsze słychać wołanie. Czyje? Jeśli miałbym na to pytanie sam sobie odpowiedzieć, to powiedziałbym: czytającego. Oczywiście, czytanie się nie opłaca, nie mam tu na myśli jedynie korporacyjno-szczurzej wymiany czasu na pieniądze, ale także „marnowanie” czasu, który można wykorzystać na 1001 innych sposobów. Przyznając się w towarzystwie do tego, że nie mam telewizora, ale za to czytam książki, dużo książek, że czytam powieści, wiersze i komiksy, narażam się na śmieszność i szydercze komentarze w stylu: „Musisz się po pracy śmiertelnie nudzić?”, „Nie wiesz, co z czasem zrobić?”, „Nie bądź żałosny”. Czytanie jest występkiem przeciw współczesnemu społeczeństwu, ponieważ jest aktem odwagi (wiem, bardzo upraszczam). Tadeusz Sławek w rozmowie z Jarosławem Makowskim opublikowanej na łamach „Tygodnika” w numerze 12 z 2003 r. dowodził, że czytanie bywa okrutne, ponieważ usuwa „ja” na dalszy plan, skrywa je za dekoracjami rzeczywistości: Może dlatego człowiek dzisiaj nie czyta: chce być wyjątkowy i w centrum napięcia, a lektura uczy go pokory. W innym miejscu zaś: Czytasz nie po to, by więcej wiedzieć, ale by twój ogląd świata nabrał szerszej perspektywy, by wyobraźnia oparła się erozji, abyś się przekonał, że wiesz mniej, ale że ten brak, ta luka jest właśnie miejscem dla wyobraźni.


- – -

[cały tekst, ale pod innym tytułem – „Mecenas lektury” – znajduje się w pierwszym numerze „Tygodnika Poznańskiego” na stronie 11, który ukazał się z okazji wizyty x. Adama Bonieckiego w Poznaniu]

x. Adam Boniecki

Filed under: Czcze mądrości, Się , , , , , ,

Morela [fragm.]

Droga do sklepu prowadzi obok drzewa moreli. Oczywiście ulica ma dwie strony i mogłabym je ominąć. Z powodu moreli niemożliwością jest tak po prostu pójść do sklepu. Poprzez wybór strony ulicy muszę się zdecydować, czy odwiedzę drzewo, czy też je ominę. Decyzja ta nie wiąże się z wielkimi emocjami. Mówię sobie: zobaczymy, jak dziś wygląda, albo: niech zostawi mnie dzisiaj w spokoju. To nie ojciec zmusza mnie do tych odwiedzin, nie wieś, nie kraj – żadna tęsknota za ziemią rodzinna. Drzewo nie jest ani obciążeniem, ani ulgą. Stoi sobie tutaj tylko jako posmak czasu. To, co zgrzyta mi w głowie, gdy zbliżam się do niego, to pół na pół cukier z pisakiem. Słowo morela brzmi dla mnie pieszczotliwie.”

[Herta Müller, „Król kłania się i zabija”, przeł. Katarzyna Leszczyńska, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2005, str.15.]


1. Kilka lat temu na spotkaniu autorskim w Poznaniu Herta Müller opowiadała o intuicyjnej różnicy jaką „widzi” jej ucho, gdy wypowiada wyraz morela w języku rumuńskim, a następnie w języku niemieckim. Rumuńskie caisa jest ciasne, twarde, zwarte, obnażone i nagie. Nie zostawia miękkiej przestrzeni (po)między. Bardziej „widzi” męskie, ściśnięte pośladki, niż kobiece, pulchne piersi. Za to niemieckie Aprikose jest miękkie, subtelne, delikatne, pokryte jasnymi włoskami. Puszyste, ale nie pulchne. Jakby się to słowo wzięło do ręki i mocniej ścisnęło, to pewnie po palcach pociekłby słodki i lepki sok. Dziewczyna, która tłumaczyła, zaczerwieniła się po ostatnim zdaniu. Krew napłynęła jej do twarzy. Rumieniec dla niej samej był zaskoczeniem, był bezwiedny, był przypadkowy. Mimo swych około dwudziestu sześciu lat spuściła głowę i uciekła wzrokiem, chociaż chciałem spojrzeć jej w oczy. […]

- – -

Cały tekst znajduje się na stronie niedoczytania.pl

Filed under: Czcze mądrości, Lekturki, Się, Wyjątki , , , , , ,

Będąc w podróży

W podróży boję się miast. Czas płynie w nich zbyt szybko. Omijam tereny przemysłowe z ich międzynarodową brzydotą i monotonią. Potrafią zniszczyć każdy pejzaż, chociaż przecież wiem, że są znakiem życia w jego codziennej odmianie.”

[Marek Zagańczyk, „Droga do Sieny”, Fundacja Zeszytów Literackich, Warszawa 2005, str. 73.]

Filed under: Wycieczki, Wyjątki , , , , , ,

Od Andrzeja do Andrzejka

Wchodząc do domu, słodkim głosem mówi, Cześć, Andrzejku!. A czarna Sierść ociera się o jej nogi. Plącze się, utrudnia przejście do małego pokoju. Przywykłem do tego, że wchodząc do domu ona mówi, Cześć, Giera!. Jestem zniesmaczony i zaskoczony, oniemiały, głos mi obumarł. Chciałem ostro zareagować, na takie krzywdzące traktowanie mojej osoby, krzyknąć, stłuc kubek, przewrócić krzesło. Zrobić coś widocznego, głośnego, cokolwiek, by tylko zwrócić jej uwagę na siebie. Upomnieć się o szczyptę czułości. Niech mnie także zauważy. Dlatego odkładam książkę, wstaję i idę do kuchni, ale nim tam dojdę, już jej nie ma, wyszła do łazienki. Gdy wraca, bierze Sierść na ręce i przytula do lewego policzka. Aleś miły w dotyku i taki miękki, Andrzejku. Mój piękny Andrzejku, szepcze. No, to już jest autentyczna przesada, abym musiał rywalizować z czarną Sierścią o jej uwagę! Chyba będę musiał się śmiertelnie obrazić i to aż na całe cztery lata. Pozostałe Sierści także mają jej za złe niezdrowe zainteresowanie okazywane Andrzejowi, nie przyszły się nawet przywitać, siedzą ukryte w swoich kątach. Miałem już tego dość, złapałem ją za rękę i splunąłem pod nogi. A ona na to, To wszystko przez ciebie, ty go uczłowieczyłeś, gdy wczoraj powiedziałeś do niego Andrzej. Odpowiadam, Ale przecież tylko się przejęzyczyłem, przecież chciałem krzyknąć tak jak zawsze: Dżejms spierdalaj ze stołu, a mi nie wyszło. Nie wyszło mi, teraz cierpię, bo jestem zazdrosny.


- – -

[inne opowieści z cyklu: „Moje życie z Dżejmsem” można przeczytać na stronie Neuro, zapraszam]

Filed under: Moje życie z Dżejmsem, Się , , , , , ,

[Anna Wieser, „CV”, {w:} „Delta”, WBPiCAK, Poznań 2009, str. 33.]

CV

W tym śnie prowadzą mnie do hotelu

To tylko jedna doba z kimś kogo znałam

plus quiz czterech prób w których okaże się

Co jest?

Siedzimy na swoich łóżkach

nie wyjmując niczego z walizek

Jesteśmy nieufni i czujni

Zamykamy drzwi zasłaniamy okna

Na balkonie stoi

Czarna gruba skórzana Oprah w kiecce z kryształkami

Oprah zarzuca nogi na stół

wyjmuje gumę z ust i zakleja

dziurę w mojej głowie

otwiera puderniczkę sypie do kawy

proszki na wychodzenie z domu

Przy stole na krzesłach

żółte samoprzylepne karteczki

Sprawy dzielone na pół

zeskanowane dziwki szklanki

upiorni cyrkowcy pożeracze chińskich kul

co jakiś czas robią meksykańską falę

śpiewając Oh, what the night

W zlewie niedzielne obiady spięte jak dzienniki

Dowody na to że jedliśmy i obracaliśmy w głowach

jak kołki zapytania cholerny quiz czterech prób

Czarna gruba skórzana o nic nie pyta

wlewa w nas zęby jak paraliż

Zasypiamy żegnając się mechanicznie

nad ranem schodzimy w dół

pijąc krystaliczny jogurt Doktora Ernsta


- – -

[Anna Wieser, jedna z „Solistek, której debiutancka książka pt.: „Delta” ukazała się tydzień temu w Poznaniu nakładem WBPiCAK.]

Filed under: Sennisko , , , , , , ,

Mądry biały a mądry czarny

Pierwszego dnia, gdy pana ujrzałam, pomyślałam sobie: ten się uratuje. Bo tutaj, żeby przeżyć, trzeba przemilczeć swoją mądrość. Wie pan, jaka jest różnica między mądrym białym a mądrym czarnym? Mądrość białego mierzy się szybkością odpowiedzi. Natomiast u nas najmądrzejszy jest ten, kto najdłużej zwleka z odpowiedzią. Niektórzy są tacy mądrzy, że nie odpowiadają nigdy. Dobrze pan robi, Massimo. Niech pan nie stara się być osią czegokolwiek. Tutaj ważność sprowadza śmierć.”

[Mia Couto, „Ostatni lot flaminga”, przeł. Elżbieta Milewska, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2005, str. 110-111.]

Filed under: Wyjątki , , , , , ,

Po powrocie z Azji

Drugi dzień z rzędu wstałem o 06:00 z minutami. Ciało płata mi figle, czas w ciele nadal przestawiony, ono żyje własnym życiem, żyje wg czasu +7 godzin, czyli dla niego nie jest 09:00, a 16:00. Trochę to uciążliwe. I męczące. I nieprzyjemne. Dzień zacząłem od włączenia płyty Variété, dawno nie słuchałem, lata całe, ale nadal słowa piosenki „Klaszczę w dłonie” powalają mnie na kolana: „Język jest po to/by go wytykać/na wiatr na mgłę//Ciało jest po to/by je używać/dusza jest po to/by nie wytrzymać// Klaszczę w dłonie/by było mnie więcej”. A potem skleiłem książkę „Pasterze nocy” Jorge Amado, która rozpadła się na części pierwsze/składowe, gdzieś w okolicach Penangu.

Faktycznie na miejscu plan podróży zweryfikował się sam, tam byłem: Poznań, Londyn, Kuala Lumpur, Malakka, Singapur, Wyspa Sentosa, Kota Kinabalu, Sepilok, Semporna, Singamata, Wyspa Sibuan, Tawau, Wyspa Penang, Georgetown, Londyn, Poznań. Pierwsze zdjęcia pojawią się dziś na Facebook’u.

sze zdjęcia pojawią się dziś na pilok, Semporna, Singamata, ?g,   spa ur, Santosa ala Lumpur, Malaka, okolicach

Filed under: Wycieczki , , , , , ,

W stronę Malezji

Jutro wylot. Plan podróży, z perspektywy stolikowej, wygląda tak: Poznań, Londyn, Kala Lumpur, Batu Caves, Malaka, Singapur, Kota Kinabalu, Sepilok, Semporna, Sandakan, Kudat, Kota Kinabalu, Penang, Georgetown, Kala Lumpur, Londyn, Poznań. Nie sądzę, aby udało się go, dokładnie tak zrealizować. Na miejscu zostanie zweryfikowany i poddany modyfikacjom, mniejszym, czy większym, to akurat nie ma znaczenia. Jest kilka stałych punktów, takich jak Kala Lumpur, Singapur, Borneo i Penang, reszta może się rozsypać i niech się potem sama usypie w nowy, lepszy plan.

Na chwilę obecną jedna lektura jest pewna: Tash Aw „Faktoria jedwabiu”; w końcu malezyjską opowieść o podróży wypada przeczytać w Malezji. Drugą książkę także wezmę. Jaką? Zdecyduję w ostatniej minucie, tuż przed wyjściem z domu.

Filed under: Wycieczki , , , , , ,

To książki

Są sposoby mówienia, które wprawiają w drżenie. I takie, które ranią. Wiele jest sposobów mówienia, które ranią nawet po śmierci tych, którzy ich używali. Te głosy i intonacje składają się na coś, co można nazwać rodziną.
Wiele jest sposobów mówienia, które odurzają oddechem martwego albo głuchego głosu. Głosów bądź ech, nie pochodzących bezpośrednio od zmarłych. Pochodzących z oddechu, który nie jest wprost oddechem przodka. Albo takich, co zalegają w gardle sekretnym głosem, oralnością bardziej skrytą niż rezonans wokalny, cichszą niż szept, przez co ma się ochotę na płacz.
To książki.
Wszystkie książki – owa całość wyklucza tomy, gdzie oralność i społeczeństwo nie zostały zdesakralizowane – tworzą coś, co można nazwać literaturą. To rodzina bez więzów rodzinnych, bezpośrednich genealogii, aspołeczne społeczeństwo. (…) Książki, na które czeka blask słońca, choć one o nim nie wiedzą, są cichsze od czystej literatury. Są jak imię kogoś, kogo się kocha i o czym się nie mówi, by dzieci nie dowiedziały się, kto jest ich prawdziwym ojcem, o czym nawet on sam nie wie.”

[Pascal Quignard, „Błędne cienie. Ostatnie królestwo I”, przeł. Tadeusz Komendant, Społdzielnia Wydawnicza ‘Czytelnik’, Warszawa 2004, str. 106-107.]

Filed under: Wyjątki , , , , , ,

Cafe Inferno

Niebieskie wnętrze Cafe Inferno na ulicy Jaskółczej, wewnątrz jest ciemnawo, gra muzyka, jakieś swojskie techno. Przychodzę po południu, by sprawdzić, zbadać teren. Zaraz przy wejściu dwóch osiłków, w białych lub kremowych puchowych kurtkach, łapie mnie pod ramiona. Nie stawiam się, jestem tu obcy, niemile widziany. Każdy z obecnych zna moją historię. Widzę, jak pokazują mnie sobie wzrokiem i coś szeptają do siebie. Mili panowie wykręcają mi ręce za plecy, związują, czy też zakładają kajdanki z plastiku, może opaskę, nie wiem, w każdym razie boli. Po kilku minutach ból w nadgarstkach wydaje się nie do zniesienia. Panowie popychają na niebieską kanapę, ze skóry, rozdartą na oparciu. Siedzę, przyglądam się szparze, z której wyłazi żółta gąbka, mam jedynie erotyczne skojarzenia. Jest mi niewygodnie, ale mimo to zasypiam. Po jakimś czasie budzi mnie kopniak w piszczel, boli. Cafe jest już puste, nie ma nikogo, prócz mych przemiłych towarzyszy. Jeden z nich, ten młodszy, mówi: Wstawaj, kochasiu, idziemy. Unoszą mnie i stawiają na nogi. Nie czuję dłoni. Faktycznie wychodzimy z knajpy, idziemy tylko kawałek. Lewa noga mnie boli jak cholera. Wpychają mnie do najbliższej bramy, potem po schodach. Wchodzimy do mieszkania, gdzie trwa impreza. Dużo ludzi, muzyka głośno, znowu techno. Prowadzą mnie dalej w głąb, na sam koniec mieszkania. Wchodzimy do długiej łazienki, jest wąsko, ale „optycznie” szeroko, gdyż na obu ścianach wiszą lustra. Na końcu na podwyższeniu jest sedes, na którym siedzi facet, ma może 14 lat, przed nim klęczy dziewczyna. Widzę ją z tyłu. Ubrana w futro ze srebrnych lisów, robi szczeniakowi loda. Całkiem sprawnie jej idzie, gdy facet wydycha z siebie ostateczny syk rozkoszy, ona odwraca w moim kierunku głowę. Widzę, jak trzyma w dłoni jego fiuta, na twarzy ma spermę, we włosach też, uśmiecha się, jest „zadowolona” ze swego dzieła, znam dobrze tę dziewczynę, to Teresa… Nie rozpoznaje mnie. Pyta kolesi, którzy mnie przyprowadzili: Jeszcze jeden? Dawajcie mi go tuta, ale szybko, bo za chwilę mam randkę.


{przy okazji donoszę, że na stronie „zojcem”, można przeczytać moje opowiadanie „Przedsionek”}

Filed under: Opowiadania, Się , , , , , ,

>dzień świstaka< – uzasadnienie

Bo życie rostrzyga się właśnie w takich chwilach, kiedy wbrew wszelkim argumentom, zrozumieniu, zdrowemu rozsądkowi jesteśmy posłuszni wewnętrznej bierności: człowiek potyka się, myli i nieprzerwanie szuka drogi, nigdy nie wie, co powinien zrobić, ale czasem wie na pewno, czego mu robić nie wolno… Nie potrafimy potrafimy przewidzieć naszych uczynków; ale istnieją także stany pasywnego działania, kiedy jesteśmy pewni, że odmówić czegoś, nie pójść gdzieś, odrzucić coś, gdzieś pozostać i nie ruszać się z miejsca jest równoznaczne z czynem.”

[Sándor Márai, „Wyznania patrycjusza”, przekł. i posłowie Teresa Worowska, wyd. II, Spółdzielnia Wydawnicza ‘Czytelnik’, Warszawa 2005, str. 384-385.]

Filed under: Wyjątki , , , , ,

O pamięci

1. „Pamięć w ustach żyje”, tak napisałem kilka lat temu. Dziś nie pamiętam, dlaczego i co miałem wtedy na myśli. Mogę się jedynie domyślać, choć wolałbym wiedzieć, a nie się domyślać. Teraz napisałbym inaczej: „Pamięć w słowach żyje”. Ponieważ przechowywana jest w słowach, w zdaniach, w tekście napisanym, w tym wszystkim, co zostało zapisane. Ocalone zostaje jedynie to, co zapisane. Ocalone, od czego? Od zapomnienia? Ku pamięci? Czyjej? Sprawę postawić należy mniej kategorycznie: próba ocalenia podejmowana jest za każdym razem za pomocą słów. „Próba” – ponieważ zapis fałszuje rzeczywistość. Ponieważ zapis/notatka, przede wszystkim on, fałszuje, kłamie, zwodzi, przekłamuje rzeczywistość. Ten, który pisze, jest kłamcą. Piszący kłamie, z tym pogodzić się wypada. Nawet jeśli ma najlepsze intencje, gdy chce być bezstronny i obiektywny. Bardzo często na bieżąco zapisać, zanotować nie ma jak, brakuje możliwości, sposobności i czasu. Każde wspominanie, przywoływanie, wywoływanie z pamięci, jest już interpretacją tego, co było. Wspominając przywołuję wrażenie, przefiltrowane przeze mnie, przez moje doświadczenie, lektury, predyspozycje psychiczne, a nie dokumentalny zapis.

2. Pamięć żyje jedynie w tym, co zapisałem. Nawet nie w tym, co chciałem zapisać. To nie jest równoznaczne z tym, co planowałem zapamiętać. Plany z góry skazane są na porażkę, idą w łeb. Wypada pogodzić się z niedoskonałością wrażeń, szczątkowością opisu, subiektywnością wspomnień. Smutna akceptacja. Pamięć o tym, co zapisałem, żyje. Gdzie podziewa się to, co zapominam? Nie wszystko chcę pamiętać. Przywołując wspomnienia, otwieram puszkę Pandory. Wspomnienia przywołane są inne. Za każdym razem mogą być inne. Każdy pamięta inaczej, to banalne stwierdzenie, jest faktem. Justyna poprosiła mnie niedawno, bym opowiedział o tym, jak siedzieliśmy w kawiarni w Palermo i piliśmy kawę. Oboje byliśmy w tym samym miejscu, w tym samym czasie, ale okazało się, że każde z nas pamięta coś zupełnie innego, pamięta inaczej. „Ja nie pamiętam, że wiatru nie było, ani że kelner był nieprzyjemny”, powiedziała, gdy skończyłem opowiadać.

3. Mam kiepską pamięć. Szczególnie do ludzi. Zapominam jak byli ubrani, jakie noszą imiona, czy i gdzie ich spotkałem, o czym z nimi rozmawiałem, czy byłem złośliwy, czy nie. Wszystko to przepada we mnie bez śladu. Nie, żebym się nie starał zapamiętać. Przecież czasem wypada. Częściej pamiętam grupy wrażeń, miasta, drzewa, niż rozmowy i rozmówców. Moja pamięć jest oporna. Moja pamięć jest krnąbrna. Przecież, czasem, staram się, a jednak zdarzają się sytuacje, że zamiast powiedzieć: „Słuchaj, Paulino…”, mówię: „Słuchaj, Patrycjo…” – coś niby dzwoni, ale nie w tym kościele. Na tym polega moja niewdzięczność, potem pozostaje mi jedynie, wstydzić się za siebie, za swoją pamięć. Podobno, jak napisał Cioran, „U podstaw ubytków pamięci leży instynkt samozachowawczy”. Ale czy wypada się z nim zgodzić?

4. Dalej w tym samym tekście, wspomnianym na wstępie, pytałem siebie: „Pamiętać o słowach, czy pamiętać o gestach?”. Chciałbym zachować dla siebie pewne obrazy, sytuacje, ludzi, spotkania, miasta, ulice, ptaki i drzewa. Jak to zrobić? Wszystkiego zapamiętać się nie da. Wszystkiego zapisać się nie da. Co wybrać? „Słowa”, czy „gesty”? Na czym polega dychotomia? Tyle spraw dzieje się naraz. Które są ważne, a które mniej? Jakie zapisać, czyli wyróżnić, ocalić, a które pominąć? Wybór jest trudny i smutny zarazem. Może rację mają Japończycy, którzy bez zastanowienia pstrykają tysiące zdjęć z podróży, a po powrocie do domu dopiero oglądają, to, co oglądali.

Filed under: Czcze mądrości , , , , , , , ,

Po prawdzie

„W końcu my, ludzie, którzy jeszcze czytają książki, powinniśmy ze sobą rozmawiać...” [Andrzej Franaszek, „Tylko nie (...)”, TP 24 (3127) 2009.]

Księga Wyjścia

Wejdź i wyjdź.

PodStrony

Obowiązki Domokrążcy

„(…) nie mam się (…) za głos zbiorowego sumienia, lecz tylko za jednego z jej szeregowych pracowników, domokrążcę, co uważa, że popularyzacja czytania i literatury jest psim obowiązkiem każdego, kto ma ku temu okazję (…).” [Piotr Śliwiński, „Świat na brudno”, str. 349-350.]

Słowo na niedzielę

Bądź wierny. Idź! Idź spać!